piątek, 28 czerwca 2019

Czerwcowy finisz

Witam!
Powoli na horyzoncie można już dostrzec czerwcowy finisz, a finisz, jak to finisz (z pozdrowieniami dla wielbicielki tego słowa), cechuje czasami wielki rozgardiasz, zamieszanie i poplątanie myśli. Tak jest tym razem, wszystko się ze sobą miesza, krzyżuje i najlepiej jakby człowiek się rozdwoił, bądź nawet roztroił, by mógł to wszystko na spokojnie przyswoić.

Za niecały tydzień, bo już w najbliższy czwartek, będą wyniki tegorocznych matur w tym oczywiście też moich. Emocje, dreszcze, mały stres już powoli gromadzą się we mnie, choć na pewno za kilka dni przekroczą one krytyczny poziom i gdy siądę przed komputerem, by zobaczyć te wszystkie cyferki, będę telepać się z natłoku myśli i owych emocji jak jeszcze nie w pełni stężała galaretka. Bardzo liczę na dobry wynik, który mógłby pozwolić mi myśleć poważnie o studiach na kierunku lekarskim, ale w razie czego trzeba się zabezpieczyć i przygotować plany B oraz C jakimi są analityka medyczna oraz biologia. Tegoroczne matury najgorszymi nie były (ogólnie mówiąc "matury" mam na myśli te na poziomie rozszerzonym, podstawowe nie będą mi na nic potrzebne), choć no ta biologia mogłaby być nieco bardziej przystępna i mniej poplątana. Teraz muszę jeszcze na systemie dopisać owe dwa dalsze plany, opłacić zapisy i czekać... najpierw na wyniki matur, potem na wyniki całej rekrutacji. Trzymajcie kciuki, by wszystko się dobrze ułożyło! 😁😉

Nie będę jednak się rozwodzić nad tym tematem za dużo, bo pewnie jeszcze nie raz będę o tym tu wspominać, a sam nie chcę się jeszcze bardziej nakręcać. Po drugie też, są też inne drogi i dróżki ostatnich dni, które chcą zagościć na mapce tego postu.

Od kwietnia, bez przerwy w moim ogrodzie gości kwiatowa burza. Coś kwitnie, coś przekwita, coś owocuje, to znowu jakaś inna roślinka zdobi się kwieciem - żółtym, białym, różowym, rdzawym i tak dalej, i tak dalej... Zapraszam na krótką historię późnoczerwcowego ogrodu...

Perukowiec królujący nad skalniakiem

Słodko pachnąca budleja Dawida, pszczela przyjaciółka

Rdzawe lilie pod tarasem

Miniaturowy krzaczek róży pod gruszą

Kolejna przyjaciółka pszczół, facelia

Najbardziej pozytywne kwiaty ogrodu, żółciutkie kwiecie wiesiołka


Ostatni kwiat clematisu na krzewie...

Ozdobna pokrzywa też bujnie kwitnie

Pierwsze kwiaty hortensji

Tawlina jarzębolistna też zaczyna kwitnąć...

Goździk brodaty i jego wielokolorowe kwiaty...


Kolejna hortensja też powoli rozkwita

Śnieżnobiałe kwiecie floksów

Złote oczko pięciornika

Wdzięcznie kwitną też funkie...

Pierwszy raz od kilku lat zakwitła mi w lasku jeżyna!

Malutkie owocki, będą z nich wspaniałe ostrężnice

Poziomki w donicach też z sukcesami!


Mahonia też obrodziła jagódkami, tylko te niestety niejadalne...

Śliwki węgierki też dzielnie się trzymają

Ostatnimi czasy również zmiany zaszły w moim sielskim zielniku, o którym niedawno pisałem. Niektóre zioła dostały w prezencie nowe doniczki, zwłaszcza te, które gniotły się już razem w jednej długiej donicy, a pomyśleć, że z dwa miesiące temu jeszcze rosły od siebie tak daleko... Do gromadki ziółek na parapecie domku na grilla dołączyła również lawenda, znana z pięknego zapachu odstraszającego komary i inne natrętne robactwo, a także z jeszcze piękniejszych fioletowych kwiatów, które od razu przenoszą nasze myśli na wielkie lawendowe pola w słonecznej Prowansji... Kwiaty i listki lawendy wykorzystywane są również w kuchni i mam nadzieję, że wzbogacą smak wielu potraw i sałatek, które przyrządzam...


Tak się prezentuje się lawenda w żółciutkiej doniczce

Największy z całej gromadki, jiaogulan, dostał drabinkę, by mógł się piąć jak najwyżej...

Co do potraw, sałatek i ogólnie jedzenia, to jak pisałem ostatnio, po maturze znalazłem w końcu czas na przyrządzanie zdrowych, lekkich dań oraz koktajli owocowych na bazie szpinaku z nasionami chia. Efekt jak do tej pory jest dla mnie super, bo przez te półtora miesiąca udało mi się zrzucić 6 kilogramów, a waga leci dalej i dalej, i dalej... W lecie naprawdę o wiele łatwiej zgubić zbędne kilogramy, bo wtedy nasz żołądek żąda straw lekkich, pijemy dużo wody, upały też robią swoje. Ostatnio, w ramach małego "cheat day", bo też nie można przecież zwariować i czasem trzeba sobie pozwolić na coś cięższego, upiekłem serowe chaczapuri adżarskie, które wyszło przepyszne. Chaczapuri to rodzaj gruzińskiego drożdżowego placka, którego wersji jest mnóstwo, jest to jedno z flagowych dań kuchni gruzińskiej, którą swoją drogą uwielbiam za wyjątkowy charakter i niebanalne smaki, według mnie lepszej kuchni nie ma! Jeśli ktoś tylko umie przygotować zaczyn i wyrobić ciasto, zrobienie chaczapuri nie będzie żadnym problemem, a smakuje genialnie, bardzo polecam!

Przed włożeniem do pieca...

...i po upieczeniu, było przepyszne!

Tak więc trwa to zamieszanie, pomieszanie z poplątaniem, ale jak sami widzicie, trwa to wszystko w miłej i przyjemnej wersji, nic tylko się cieszyć z życia, a może być tylko lepiej!
Na sam koniec zapraszam na małą zabawę pod tytułem "Znajdź kota"...

Widzicie?

Coraz bliżej...

Jest nasza zguba!


Żegnam Was pięknym zachodem słońca, pozdrawiam serdecznie...


poniedziałek, 24 czerwca 2019

Kraina lat dziecięcych

Witam!
Ostatni tegoroczny czerwcowy poniedziałek płynie pod jasnoniebieskim sklepieniem i delikatną tarczą słoneczną. Przeraża nieco fakt, że znów nadciąga w nasze rejony afrykańskie powietrze, ale jak zima pokazuje swą potęgę pod postacią śnieżyc i dużych mrozów, tak lato też gorsze chce nie być i charakter swój pragnie także pokazać - ważne, aby pić dużo wody i nie eksponować się zbytnio na pełne słońce, a i takie ciężkie dni nie będą nam straszne.

Kilka dni temu nasza wieś gościła całą parafię na procesji Bożego Ciała - było to wielkie dla naszej malutkiej społeczności wydarzenie. Pisałem o tej pięknej uroczystości w ostatnim poście, który przyjęliście bardzo miło, a jego zasięgi przekroczyły dość duże granice mojej wyobraźni, za co po raz kolejny bardzo dziękuję.
Teraz, gdy już te emocje nieco ucichły, zapraszam Was serdecznie w podróż do mojej krainy lat dziecięcych... Nie bez powodu nawiązuję tu do słów z Epilogu w Panu Tadeuszu Mickiewicza, ponieważ jak dla niego, tak i dla mnie miejsce z którego pochodzę, w którym żyję, którego jestem drobną cząstką, jest dla mnie synonimem nieskończonego piękna, sielanki i najsłodszej miłości, bo do małej ojczyzny.
Wiele zdjęć będzie Wam pewnie znajomych, ale niech to będzie również post pięknie podsumowujący nasze małe wcześniejsze spacery po mojej krainie...


Aby przybliżyć Wam nieco historię Cichawy, zacytuję część opracowania historyczno-heraldycznego Włodzimierza Chorązkiego, którego jeden egzemplarz trzymam od lat kilku na jednej z półek mojej biblioteczki:

CICHAWA - ok. 680 mieszkańców. (Cychaua - 1375, Czychawa - 1470-80, 1529, Czichawa - 1530, 1581, 1629, Cichawa - 1680). Wieś położona w północnej części gminy [Gdów], na skraju Wysoczyzny Wielicko-Gdowskiej.
Cichawa powstała we wczesnym średniowieczu, ale pierwsza źródłowa wzmianka pochodzi z falsyfikatu, w którym wzmiankowano ją przed rokiem 1310. Wieś od początku istnienia należała do parafii p.w. Wniebowzięcia NMP w Niegowici i w całości należała do dóbr rycerskich. W latach 1375-1400 wzmiankowani są w źródłach właściciele: Jakusz i jego syn Zygmunt z Paczółtowic herbu Topór. Od roku 1400 w Cichawie pojawiają się przedstawiciele herbu Półkozic. Będą tu obecni ponad 230 lat. W latach 1400-1457 wzmiankowani są Mikołaj Marszowski oraz jego dzieci: Piotr i Jan zwany Chamiec oraz córka Katarzyna. 
Jan Długosz w "Liber Beneficiorium" (1470-1480) wspomina tę wieś w parafii Niegowić, ale nic nie pisze o stosunkach własnościowych i właścicielach. Niewykluczone, że na początku XVI wieku wieś należała już do Adama Niewiarowskiego, a następnie do jego syna. W roku 1552 dochodzi do podziału majątku po seniorze Adamie, przy jego synu zostaje wieś Cichawa. Po jego śmierci dziedzictwo obejmuje jego żona.
Rejestr poborowy z 1581 roku podaje, że wieś należy do Jędrzeja Kmity herbu Szreniawa. We wsi było 9 łanów kmiecych, 3 zagrody z rolą, 2 komorników bez bydła, 1 rzemieślnik oraz 1 karczma na jedną czwartą łana. W roku 1595 właścicielem dóbr był Stanisław Niewiarowski herbu Półkozic. Rejestr poborowy odbył się również w latach 1629 oraz 1680, kiedy to wieś należała do Antoniego Zygmunta Trembeckiego i żony. We wsi w tym czasie było osiem i pół łana kmiecego, młyn z kołem dorocznym, 3 zagrody z rolami, 2 komorników bez bydła i 2 rzemieślników.
W końcu XVII wieku Cichawa znalazła się w posiadaniu rodziny Żeleńskich herbu Ciołek. Pozostawała ich własnością do II wojny światowej.

Taka to historia mojej wsi do II wojny światowej... Ja jednak chciałbym Wam pokazać oraz przedstawić kilka miejsc, bez których Cichawa byłaby niekompletną i mniej ciekawą - ślady historii, pięknej historii, wszechmocnej natury i jej wyjątkowych darów, a to wszystko uzupełnione legendą o cichawskim kościółku, który ponoć dawno, dawno temu się tu wznosił.

Pierwszym urokliwym, lecz niestety zapomnianym i zaniedbanym miejscem jest dwór z 1935 roku oraz park z przełomu XIX i XX wieku.
Od zawsze pamiętam, jak z wielkim sentymentem moja mama wspominała o tymże miejscu, jak pięknie wracała do tych chwil, kiedy tamte tereny przeżywały swoją młodość oraz największą świetność. Majestatyczny, nienagannie wyglądający cichawski dwór do którego prowadziły ścieżki ocienione wielkimi lipami, dębami, a obok wspaniały park pełen zieleni, drzew, krzewów, którego centralną część stanowił mały staw - latem był wspaniałym kąpieliskiem, zimą - lodowiskiem. Miejsce to ściągało całą wieś, od pierwszej do ostatniej uliczki, wszyscy się tam cieszyli życiem, radowali i podziwiali piękno przyrody. Dzisiaj niestety już tak nie jest - dwór wraz z parkiem przeszedł w prywatne ręce, wszystko odgrodzono od reszty wsi, i tak z roku na rok można było obserwować powolny, ale nieodwracalny upadek owej świetności.
Zawsze mi smutno, gdy mijam to miejsce, bo wiem jaki miało ono potencjał i jaką miłą miał historię... Jednak z takim faktem rzeczy należy się pogodzić, a może kiedyś czas renesansu dotrze również tam i naprawi przeszłe błędy...

Ścieżka prowadząca do dworu

Ścieżka niegdyś prowadząca wokół stawu

Kiedyś ponoć w tym stawie i pobliskiej rzeczce było mnóstwo raków!


Widok na wieś i rzadkie już niestety krówki

Kolejnym punktem na mapie mojej wsi jest pomnik świętego Floriana stojący na grzbiecie dolinki od południowej strony, do którego z wyasfaltowanej dróżki prowadzi mała ścieżka, którą opiekują się smukłe lipowe drzewa. Z miejscem tym wiąże się pewna legenda...
Dawno, dawno temu nad Cichawą górował drewniany kościółek, który zawsze wypełniony był wiernymi i zawsze płynęły z niego czyste jak kryształ dźwięki religijnych pieśni. Pewnego razu, podczas jednego z niedzielnych nabożeństw powstała w ziemi ogromna szczelina, kościółek nagle zaczął się zapadać pod ziemię, wraz z mieszkańcami wsi, którzy nie zdołali się uratować, ponieważ tak szybko i niespodziewanie się owa rzecz zadziała. Po dziś dzień, podziwiając pomnik św. Floriana stojący na miejscu starego kościoła, można usłyszeć, jak z głębi ziemi wierni wyśpiewują  najpiękniejsze pieśni...
Sam mimo wielu prób i starań jednak nigdy owych pięknych dźwięków nie usłyszałem, ale kiedyś może słowa legendy się potwierdzą...
Pomnik postawiono na przełomie XVIII i XIX wieku, a jego fundatorką była właścicielka Cichawy i Dąbrowicy.







W innej części Cichawy stoi budynek starej szkoły, w której już od ponad 10 lat dzwonek niestety nie dzwoni... Ja miałem ogromne szczęście, że byłem przedostatnim rocznikiem, który mógł uczyć się za murami tej placówki pod ogromną, wiekową lipą. Przez trzy lata mogłem stać się małą częścią bogatej historii tejże szkoły - mogłem przetańczyć tam swój pierwszy bal karnawałowy, mogłem poznać pierwsze słowa po angielsku, mogłem po raz pierwszy zagrać na małym boisku w piłkę... te wspomnienia zostaną ze mną na zawsze, mimo że miałem wtedy sześć, siedem wiosen. Ostatnio, gdy miałem przyjemność wejść ponownie do tej wiejskiej szkółki z urokliwą biblioteką na drugim piętrze, zakręciła się łezka w oku...
W latach 1948-1949 w cichawskiej szkole religii uczył ksiądz Karol Wojtyła, który potem, jak dobrze wiecie, został papieżem - Janem Pawłem II, jednym z najważniejszych Polaków w dziejach naszej historii. Niegowicka parafia bowiem pod którą należy moja wieś, właśnie w tych latach gościła młodego Wojtyłę jako wikariusza - była to jego pierwsza parafia po święceniach kapłańskich w listopadzie 1946 roku. Rok temu odsłonięto nawet pamiątkową tablicę wmurowaną w ścianę budynku szkoły upamiętniającą to ważne wydarzenie...



W północnej części Cichawy, na środku jednego z pszenicznych pól, w cieniu kolejnej olbrzymiej lipy, wybudowano cmentarz wojenny, cmentarz wojenny nr 333 z okresu I wojny światowej.
Jest to niewielka nekropolia o powierzchni 2 arów, na planie kwadratu o boku 14 metrów.  Pomnikiem centralnym jest stojący na postumencie, przy ogrodzeniu od strony północno-wschodniej, krzyż. Poniżej niego znajduje się współczesna tablica z następującym tekstem:

CMENTARZ WOJENNY CICHAWA
1914-1915
KRIEGERFRIEDHOF CICHAWA
– WY, COŚCIE PADLI ZA OJCZYZNĘ W BOJU
WRÓG CZY PRZYJACIEL – DOKONAWSZY CZYNU
ŚPIJCIE ZŁĄCZENI W TEJ ZIEMI POKOJU -

Pochowano na nim 8 żołnierzy austriacko-węgierskich z 55 pułku piechoty oraz 13 i 14 batalionów strzelców polowych. Spoczywa tutaj także 44 żołnierzy rosyjskich. Polegli oni w dniach 6, 10 oraz 13 grudnia 1914 roku (https://pl.wikipedia.org/wiki/Cmentarz_wojenny_nr_333_%E2%80%93_Cichawa).
O tym cmentarzu kilka razy wspominałem Wam na blogu, na przykład przy okazji obchodów stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę. Piękne miejsce, ze smutną, lecz wielką historią...

Cmentarz "cholerny" jesienią...

"Cholerny" - tak u nas się mówi na ten cmentarzyk, gdyż spoczywają tu żołnierze, którzy pomarli na cholerę

...i zimą






Mówiąc o Cichawie, opowiadając o niej wspaniałe historie, chwaląc ją, nie sposób zapomnieć o wyjątkowych darach Matki Natury, które czynią wieś symbolem sielanki i beztroski. Niewielki las - Podskale, większy cichawski las pełen podgrzybków i zwierzyny, a także ogromne pasy pszenicy, kukurydzy, owsa i jęczmienia poprzecinane niewielkimi piaszczystymi dróżkami i ozdobione kwieciem szkarłatnego maku, szafirowego chabra, śnieżnobiałego rumianka i purpurowej wyki czynią moją wieś najpiękniejszą idyllą jaką można sobie tylko wyobrazić. Nie bez powodu właśnie na cichawskich łąkach i polach po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat zaobserwowano na ziemiach polskich dropia, ale też inne bardzo rzadko spotykane ptaki jak śniegule, siewki złote, kobczyki, czy górniczki...
Tam gdzie króluje łąka, pole, najpiękniejsze dźwięki wznoszą delikatny szmer kłosów pszenicy i innego zboża, słodkie trele słowików, skowronków, wilg, czy przyjemny szelest lip, dębów, grabów w okolicznych lasach i zagajnikach... tam pełnię władzy ma natura i to jest najwspanialsze.

Las cichawski





Łąki, pola...







Wiosenne Podskale...


Staw widziany ze ścieżki na Podskalu

Zimowe Podskale...

Dziękuję, że razem ze mną odbyliście ten wyjątkowy wirtualny spacer... Pozdrawiam Was letnio, słonecznie i do zobaczenia!