21:31

Motyle twarze

Motyle twarze

maleńkie bryłki
kształtem nieokreślone
grzeszą zwykłością
wepchane w barw chaos
zapomniane
nieistotne
krążą bezwiednie
w natłoku zachwytów pozornych
powierzchownych
emocją nasycone
trwania dalszego gwarantem
tylko one
nic więcej



Witam wszystkich bardzo serdecznie!
Ostatnio trochę pisałem o tym, dlaczego lipiec jest moim ulubionym, bez cienia wątpliwości, miesiącem. Bąknąłem wówczas parę słów o ogrodzie, dzisiaj więc nadszedł czas, aby owy argument zaprezentować. 
Mógłbym powiedzieć, że „budlejami lipiec się zaczyna...”; rokrocznie w jego pierwszej dekadzie na sinozielonych krzewach pękają spragnione słońca maleńkie kwiaty układające się w długie, fioletowe lub białe kłosy. 


Biała jest z nami dopiero pierwsze lato...

Budleja Dawida w pełni zasługuje na miano „królowej ogrodów”, przynajmniej ja ją tak nazywam, ze względu  na długie, obfite kwitnienie trwające do pierwszych mrozów, zimozielone listki, tak potrzebne do przełamania jesiennych szarości oraz zimowych bieli, czy prostotę w uprawie oraz szybki przyrost. Największą jej zaletą jednak jest cudowna woń kwiatów, woń wabiąca chmary pszczół, trzmieli, admirałów, pawich oczek, cytrynków oraz innych owadów spragnionych najsłodszego nektaru. W słoneczne dni obserwacje tego niesamowitego, niemalże zaczarowanego ruchu wokół budlejowych krzewów to nie lada gratka...

Rusałka pawik


Strzępotek ruczajnik

Bielinek rzepnik

Bielinek kapustnik

Rusałka admirał

Listkowiec cytrynek, długo nieuchwytny, ale w końcu i on wepchnął się przed obiektyw ;)

Kruszczyca złotawka niezgrabnie krocząca po kłosie

Motyle twarze śmiało można utożsamiać z duszą; na pierwszy rzut oka zauważoną być nie może, dlatego często tak łatwo przychodzi nam oceniać kogoś „po okładce”. Człowiecza prawdziwość tkwi jednak wewnątrz i dopóki jej nie odkryjemy, to owa ocena jest często wypaczona, niesprawiedliwa. Na dychotomię duszy i ciała składa się mnóstwo przeciwieństw oraz paradoksów, na co powinniśmy być wyczuleni, zaś pochopność myśli potrafi pokierować na kompletnie niewłaściwy kierunek i o tym trzeba bezwzględnie pamiętać.



Słońce i lazur nieboskłonu zagościły, przynajmniej u mnie w sercu Małopolski, na dłużej, nic tylko czerpać z takiej pogody jak najwięcej...
Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia! ;)

22:11

Chwila owsa wiechą pachnąca

Wspomnienie

mgiełka blednąca
w śladzie wspomnienia
kombajnu córa
złotem niebios odziana
owsa wiechą pachnąca
płynie lekko
nad rżyskiem płowym
polne kwiecie usypiając
brzezin pustkę wypełniając
drapie oczęta
brudzi usteczka
kochanką się zowie
ostrych kichnięć
leniwych katarów
ach!
jakież słodkie te cierpienia


Witam Was wszystkich bardzo serdecznie!
Jeśli, na przykład pod wpływem ewentualnej nudy, miałbym stworzyć ranking, w którym wszystkie miesiące umiejscowiłbym w określonym miejscu sumując myśli obiektywne oraz subiektywne, to lipiec na pewno znalazłby się na pierwszym stopniu podium, potem zaś pewnie byłoby długo, długo nic, a dalej pozostałe miesiące od wiosenno-letnich poczynając, po jesienno-zimowe kończąc.
Uważni obserwatorzy zapewne poznali już moje zamiłowanie do pierwszych dwóch pór roku, ale może nie wiedzą, czemu lipiec darzę aż tak ogromnym sentymentem... Powodów jest kilka, wakacje, chociaż w moim przypadku tegoroczne trwają dopiero od 22 lipca, urodziny o których już ostatnio pisałem, ogród pełen kwiatów, motyli i ciepła, a także lipcowy krajobraz Matki Natury, najpiękniejszy w swej postaci.






Wieczorne niebo zagroziło też palcem...

Kiedyś ten ostatni punkt mógłbym przypisać sierpniowi, bo z dzieciństwa pamiętam rżyska dopiero po Matce Boskiej Zielnej, kiedy to w naszej parafii odbywa się odpust, od lat kilku jednak ten czas przesuwa się o miesiąc do tyłu, dlatego też ten lipiec zabiera kilka dodatkowych punktów rankingowych i jest jeszcze wspanialszym. W tym roku mogłem nawet lekko zakpić z owych przesunięć kalendarza, gdy turkot kombajnów towarzyszył mi podczas powtarzania procesów filtracji kłębuszkowej, czy regulacji motoryki jelit przed egzaminem z fizjologii; kiedyś żniwa zapowiadały koniec wakacji, teraz zaś zwiastują ich początek...








Sesja letnia zakończona, jak na razie wszystko zdane na pięć, teraz jeszcze czekam na wyniki z fizjologii, po których mam nadzieję całkowicie odetchnę z ulgą i oficjalnie zakończę pierwszy rok na krakowskiej medycynie. Teraz chwila na odpoczynek, na rozpieszczanie ogrodu, na wycieczki po urokliwych zakątkach Małopolski, na wieczorne spacery po okolicznych łąkach, polach...

Ciepło, którego brakuje potem cały rok...

Od przyszłego poniedziałku czeka zaś na mnie kolejna przygoda, a mianowicie moje pierwsze praktyki w szpitalu. Jestem nimi bardzo podekscytowany oraz zaciekawiony; po tylu miesiącach teorii, siedzenia w książkach, w końcu nadeszła chwila na to, abym sprawdził siebie, swoją wiedzę, ale również i swój charakter na płaszczyźnie dotychczas przeze mnie nieodkrytej.

Brzozy, oddzielające świat polny od ogrodowego, coraz śmielej pną się ku niebu

Żegnając się z Wami, zapraszam poniżej do opisania swojego ukochanego miesiąca...

Pozdrawiam Was serdecznie i do napisania! ;)

22:04

Nieopodal codzienności

Witam! ;)
Pierwsza połowa lata zdecydowanie nie rozpieszcza, dostępu do lazuru nieboskłonu oraz słonecznego złota zaciekle bronią ciężkie, sine chmury z których co jakiś czas spływają równie ponure strugi wody, wokół panuje atmosfera co najwyżej majowa, potęgowana dodatkowo przez przedłużającą się sesję. Takie kapryśne i nieprzyjemne warunki zmuszają niejako do tego, by planując cokolwiek konsultować to właśnie z pogodą i chcąc nie chcąc trochę się jej podporządkować. Obecnie więc każdy lipcowy promyk, nawet ten, który nieśmiało przebija okienne tafle w południowych pokojach i cichutko, bez poklasku przesyła wiadomość o swym istnieniu, pobudza do działania, pozadomowe oraz domowe.

Pozadomowa aktywność przybrała na sile o tyle, że przez dłuższy czas przepełniona była najrozmaitszymi ograniczeniami. Oczywiście, pandemia nie ustała, wirus ciągle wisi między ludzkimi istnieniami i bezwzględnie wykorzystuje każdą słabość, każdą uchyloną furtkę, by zaatakować i dać do zrozumienia, że to on dyktuje zasady, ale oceniając całokształt sytuacji można stwierdzić, że powolutku idzie ku dobremu. Ta pozorna stabilność daje odwagi, by ruszyć przed siebie, by zobaczyć inne obrazy, obrazy pozbawione codzienności, wyzbyte ze zwykłości.


Dobczyce i Niepołomice już kiedyś miały tutaj swoje pięć minut, trzyczęściowa relacja z pierwszego z miast wygrała nawet pierwszą edycję plebiscytu "Podróż Roku". Od tamtych chwil minęło jednak dość sporo czasu, wielu obecnych czytelników zapewne nie pamięta nawet tychże wpisów. Mam to szczęście, że oba miasteczka wznoszą swe skarby tak niedaleko mnie; podróż tu, czy tam nie absorbuje gargantuicznej ilości czasu, energii oraz paliwa, a daje niemałą dawkę radości, zaspakaja wewnętrzną potrzebę odpoczynku, zmiany otoczenia.

Dobczyce są dość częstym punktem moich samochodowych wycieczek; czasem tylko przejeżdżam przez miasto, gdy wracam z okolic Raciechowic i Szczyrzyca, gdzie zachwycam się krajobrazem pełnym śliwkowych, jabłoniowych sadów dopełnionym ciemnozielonymi konturami Śnieżnicy oraz Mogielicy, czasem zaś do Dobczyc jadę bezpośrednio, wtedy parkuję samochód na Przedbroniu przy zamkowej bramie i ruszam na krótki, lecz pełen wrażeń spacer. Leniwie krocząc wzdłuż niewysokich murów obronnych, przy kościele św. Jana Chrzciciela, lipie Marysieńce z 1683 roku, a ostatecznie obok zamku oraz skansenu, można zostawić w tyle wszelkie troski i lekko zahamować tak szybko pędzący czas.

Brama zamkowa

Mury obronne


Widok z wieży na Jezioro Dobczyckie

   Kościół św. Jana Chrzciciela

Tym razem zza ciężkich krat można było ujrzeć wnętrze kościoła

Kwitnąca Marysieńka

Widok na zamek oraz część skansenu

Dobczycki skansen w pełnej okazałości

W centrum niepołomickiego obrazu nie można nie wstawić niezliczonych szlaków przeszywających dębowo-sosnową tkankę Puszczy Niepołomickiej, a także kazimierzowskiego zamku nazywanego często drugim Wawelem, który w letnie popołudnia stanowi o wiele przyjemniejszą opcję, bowiem pozbawioną roi natrętnych komarów odpornych na wszelkie repelenty.

Żubrostrada prowadząca do ośrodka hodowli żubrów, niestety wtedy niepokonana przez inwazję komarów





Po puszczy przyszła chwila na obchód wokół Zamku Królewskiego


Dziedziniec z barokowymi krużgankami



O czym myślisz, Stańczyku?


O czym myślisz, damo z gronostajem?

Rynkowa kapliczka w otoczeniu kwitnącej lipy, nie ma piękniejszego zapachu wczesnym latem...

Rynek z widocznym w oddali zamkiem


Widok na kościół pw. Dziesięciu Tysięcy Męczenników

Zawsze z wielką przyjemnością i sentymentem wracam w te miejsca...

O domowym działaniu napiszę zapewne już wkrótce, niech wprowadzeniem do niego będzie blacha pełna ciepłych, pachnących latem lawendowych jagodzianek z jagodowym lukrem. Pierwszy raz piekłem te cudeńka i na pewno nie ostatni, bowiem połączenie drożdżowego ciasta, szafirowych jagódek z Kleparza oraz kwiatu lawendy to coś idealnego.

Przed...

...i po upieczeniu ;)

Trochę się rozlały w trakcie pieczenia, ale bogactwo wnętrza pozostało, z jagodowym lukrem smakują obłędnie ;)

Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia! ;)
Copyright © 2014 Świat z mojej perspektywy , Blogger