22:22

Podróże #55: Grodzisko w Chełmie

Witam!
Ostatni, ale jakże wyjątkowy dzień drugiego miesiąca roku (bo przecież jeden taki na całe cztery lata) wywiał mnie do Chełmu, miejscowości położonej nad doliną leniwie płynącej wiślańskiej córy, Raby, przy trakcie między Bochnią a Krakowem. Ta maleńka wioska kryje w sobie niezwykle urokliwe miejsce, a mianowicie Grodzisko. Stanowi ono najwyżej położoną część wsi i rozgranicza dwa rozległe obszary, Pogórze Karpackie oraz Kotlinę Sandomierską. Największą chwałą tego miejsca jest jednak jego historia; w okresie starożytnym przebiegał tędy bowiem trakt kupiecki, czego dowodem są liczne skarby znalezione w okolicy Grodziska, zaś w okresie od IX do XI wieku wznosił się tam duży średniowieczny gród, który to dał początek chełmskim dziejom.


U stóp wzgórza wznosi się niewielki kościół Bożogrobców z pierwszej połowy XVIII wieku oraz postawiony niedawno pomnik upamiętniający stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości.



Na chełmskie Grodzisko prowadzi nieszeroka, kamienista dróżka, która miejscami bywa dosyć stroma. Po wejściu na wzniesienie turystów wita piękna kapliczka ku czci Matki Bożej z Lourdes od góry opatulona wiecznozielonym winobluszczem i jego licznymi kępkami ciemnoszafirowych jagódek.






Obok kapliczki stoi drewniany, stary krzyż, melancholijny świadek zapewne długiego kawałka historii...


Samo Grodzisko tworzy niewielka otwarta polanka z sercem w postaci drewnianej wiaty pod którą to mieszkańcy Chełmu spędzają czas; koniecznie w towarzystwie kiełbasek z grilla oraz uroków Matki Natury.



Chełmskie wzgórze najbardziej zachwyca jednak niezwykłym krajobrazem na dolinę Raby i karpackie wrota. Początkowo nieśmiały, skryty między lipowymi nagimi gałązkami, jednakże z kroku na krok staje się coraz bardziej okazały i zapierający dech w piersiach; przy dobrej widoczności zaś dumnie domalowuje na swoim dziele tatrzańskie oraz pienińskie wierchy...


Uwielbiam wędrować w takie miejsca, pełne historii i urokliwych, spokojnych zakamarków, gdzie można się chociaż na chwilę wyciszyć, złapać oddech, tak niezbędny w tym zwariowanym świecie...

Pozdrawiam serdecznie i do napisania!


21:46

Lakoniczne dźwięki słów

Witam!
Zimowa przerwa właśnie zahacza koniuszkami butów o linię mety. Od jutra nowy, drugi semestr, a wraz z nim nowe przedmioty, nowe partie materiałów, nowe kolokwia, słowem, nowe wyzwania.

Tak więc w ten niedzielny wieczór wieńczący przedostatni lutowy tydzień, spieszę do Was z... poezją. Jak pewnie dobrze wiecie, od czasu do czasu, gdy znienacka, albo i nie, dopadnie mnie wena, skrobnę co nieco do mojego starego poetyckiego kajetu. W trakcie owego skrobania, bo czasem pierwowzór z licznymi zmianami i poprawkami wygląda okropnie, co nie zmienia oczywiście faktu, że to właśnie w tych bazgrołach kryje się prawdziwy duch poezji, staram się przelać w pełni każdą najmniejszą aktualną emocję i uczucie.
Dobrze czasem przenieść to siedlisko kłębiących się myśli w inną ostoję, wyzwolić je, wypchać poza granice własnej duszy i pozwolić im żyć samodzielnym tchnieniem...


Alergia na życie

beżowa kanapa
dziecko PRL-u
niemały ekran
obraz za obrazem
głupi głupszego goni
duża szklanka
duszą ciecz gazowana
donor glukozy
z cukrzycą gratis

obok
smutne dziecko
nawet dwójka
papierologiczna łąka
zarośnięta
perfidnie zapomniana

zamazany twór odpowiedzialności
chwilo trwaj


Odpowiedzialność stanowi wielką cnotę i chwała tym, którzy ją w pełni, świadomie rozwinęli, u których jest dojrzałym pokłosiem bagażu przeszłych doświadczeń oraz nauk...
Zaniedbanie zaś, czyste lenistwo i głupota, świadoma, nieświadoma, nie zasługują na ową chwałę, są jedynie podwalinami ku gorszemu, które wszelkimi sposobami należy wyburzyć, a na ich miejscu kreować dzieło piękniejsze, szlachetniejsze...


Pożegnam się z Wami ogłaszając dwie informacje. Pierwsza z nich to taka, że zakończył się właśnie plebiscyt na "Podróż Pięciolecia", który bezsprzecznie zgarnęła zwycięska podróż z 2019 roku do Zalipia, miejsca niezwykłego, magicznie urokliwego, do którego grzechem byłoby w tymże momencie nie zaprosić...

Na sam koniec zapraszam bardzo serdecznie na Instagrama, na blogowe konto, nick z linkiem poniżej. 😊


Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia! 😉😊

21:18

Rozkosz rozkwitu

Witam!
Większe koło wykręciło się drugiemu miesiącowi o kolejne wymarzone 360 stopni dające mu nadzwyczajną moc panowania o jedną dobę dłużej.
Będąc dzieckiem, czy to przedszkolakiem, czy to uczniem wczesnej szkoły podstawowej, luty przynosił mi tylko i wyłącznie dwa skojarzenia, a mianowicie ferie oraz mroźna, mocno śnieżna zima. Do dzisiejszego dnia chyba żadne z owych skojarzeń się nie utrzymało, no może w porywach mógłbym wcisnąć te ferie, ale wspomnienia sesji i wizja nadciągającej serii kolokwiów jakoś te pięć liter zamazuje w mojej świadomości... Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że należę do ostatniego pokolenia, które będzie pamiętać ogromne śnieżyce, półmetrowe pokłady bielusieńkiego puchu na ogrodowej trawie oraz często ciężkie dla możliwości przydomowych termometrów spadki temperatury.

Ciepły, piękny krajobraz z Beskidem Wyspowym w tle z poddobczyckiego Gruszowa

Czy to źle? Oczywiście, że tak; mimo, że jestem miłośnikiem wiosny i lata, a antyfanem jesiennej oraz zimowej aury, to nasz typ klimatu do tej pory godził wszystkie cztery pory roku z zachowaniem dobroczynnej równowagi i tak powinno być, niezależnie, czy ktoś lubi, czy nie lubi mroźnej zimy.

Przedwiośnie zatem nadeszło około miesiąc wcześniej niż miało dotychczas w tradycji gościć na polskiej ziemi.
Przedwiośnie jest przebudzeniem, przedwiośnie jest nadzieją, przedwiośnie jest wreszcie renesansem... dla natury, ale i nie tylko. Od czasów naszego wspaniałego Żeromskiego, przedwiośnie stało się również symbolem odbudowy człowieka, człowieczeństwa oraz społeczeństwa posiadającego wspólny mianownik.

Uwielbiam te rejony, darzę je ogromnym sentymentem... tutaj widok z pobliskiej Krzyworzeki

Przedwiosenną porą brąz i szarości zaczynają pomalutku ustępować jaśniutkiej zieleni, tak radosnej, tak ciepłej i tak groteskowej na tym smutnym ziemistym tle.
Zimowo-wiosenne dzieci, przebiśniegi, nieśmiało rozwierają swe delikatne perłowe główki ku budzącego się jeszcze z corocznego amoku słońcu...


...kształtne cebulki żonkili i tulipanów rodzą maleńkie, lecz masywne pędy, zdobywające z dnia na dzień coraz więcej siły, krzepy i kolejne centymetry wiosennej łodyżki...



...pączki hiacyntów wykluwają się z pulchniutkich, zielonych jaj...


...przyjaciółki trawników, stokrotki ze złocistymi sercami, tworzą tu i tam kwiatowe wyspy, większe, mniejsze, ale wszystkie tak samo szczęśliwe...


...skalniak zaś zaczyna zdobić się w bordowe korale, jakby żywo wyjęte z królewskiego skarbca.


Przedwiośnie, rozkosz nad jego rozkwitem budzi też człowiecze myśli, uczucia, nadzieje, ale i też obawy o stabilność owego przebudzenia, zarówno w sferze przyrodniczej, jak i tej ludzkiej, wpisane w niektórych przypadkach w pożółkłe kartki starego poetyckiego kajetu...


Rozkosz rozkwitu

tańczące sukienki
na miernej bladości
z nutą radości
pozornej

szepczące fraki
ich tłem
nijaka pustka
szpecąca
ukojenie dająca

na balu niepewność
zmiana... bliskodaleka
wszechniszcząca
?

chwilko słowicza
chwilo paskudna
trwaj




Swe rozważania zamknę pytaniem do Was; czym dla Was jest przedwiośnie? Z czym go bardziej utożsamiacie, z naturą, z ludzkim losem, a może oba te stwierdzenia stawiacie równorzędnie? Zapraszam do dyskusji w komentarzach...

Plebiscyt "Podróż Roku 2019" za nami, ale przed nami wielkie podsumowanie ostatnich pięciu lat cyklu "Podróże" na moim blogu, a mianowicie plebiscyt na podróż pięciolecia! W walce o tytuł staje pięć podróżniczych postów, pięć podróży roku - głosować można za pomocą sondy na prawym pasku bocznym. Swój głos można tym razem oddać tylko na jedną opcję.
W związku z plebiscytem zapraszam również na kolejny mini-konkursik, w którym można wziąć udział po oddaniu swojego głosu w sondzie i potwierdzeniu tego w komentarzu.

Po zakończeniu plebiscytu ogłoszę zwycięzcę, który otrzyma ode mnie upominek.
😊

Poniżej wrzucam linki do wszystkich postów podróżniczych:





Na sam koniec mam dla Was, drodzy czytelnicy, dwie, a nawet trzy wiadomości.

Pierwsza z nich to taka, że mój blog dołączył ostatnio na instagramową platformę na którą serdecznie Was zapraszam; w miarę rozwoju konta będę miał możliwość częstszego kontaktu z Wami i publikacji tego, na co na blogu może zabraknąć niestety miejsca.

nick (z linkiem): swiat.z.mojej.perspektywy

Drugą wiadomością jest Q&A, które bardzo chciałbym zrealizować w ramach siódmej rocznicy istnienia bloga. Q&A, czyli pytania i odpowiedzi; jeśli macie jakiekolwiek pytania związane z tym blogiem lub bezpośrednio z moją osobą, to śmiało możecie mi je zadawać do 6 marca albo w komentarzach pod wpisami, albo na mailu, czy Instagramie. Jeśli zbierze się odpowiednio duża ilość pytań, to w blogowe urodziny stworzę taki wyjątkowy wpis, w którym na owe pytania odpowiem, tak więc liczę na Wasz udział w tym przedsięwzięciu. 😉😉

Ostatnią informacją niech będzie fakt, że głosowanie w plebiscycie na "Podróż pięciolecia" trwa do najbliższego wtorku, więc jeżeli jeszcze nie oddaliście swojego głosu, to najwyższa na to pora! 😊

Kikuś i Rudi także cieszą się przedwiosenną aurą 😉


Pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie i do napisania! 😉😊

P.S. Jeszcze zapomniałem się pochwalić nowym projektem tytułu bloga, mam nadzieję, że się podoba. 💛

21:30

Podróże #54: Wrocławskie wędrówki

Witam!
Pierwszy semestr na medycynie zakończony i zaliczony, więc w końcu nadeszła ta długo wyczekiwana chwila, w której człowiek może choć trochę zapomnieć o mięśniach kończyny górnej, czy wzorach strukturalnych dwudziestu aminokwasów białkowych i... odpocząć.

Ostatnie kilka dni spędziłem w stolicy Dolnego Śląska, czyli Wrocławiu. O najpiękniejszych zakątkach tego miasta opowiadałem Wam już w czerwcu, kiedy to ruszyłem z moją przyjaciółką na pomaturalną wyprawę. Dzisiejszy wpis będzie zatem dopełnieniem wcześniejszej podróży, ale równie ciekawym i jeszcze bardziej zachęcającym do przeżycia tejże przygody na żywo, na własnej skórze.

Wrocławskiej rotundy, Panoramy Racławickiej, chyba za bardzo nikomu nie trzeba przedstawiać; niepozorna na pierwszy rzut oka budowla na nadodrzańskim brzegu kryjąca w sobie od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku jeden z największych fenomenów polskiego malarstwa, "Bitwę pod Racławicami" autorstwa między innymi Jana Styki i Wojciecha Kossaka. Panoramę stworzono z okazji setnej rocznicy wybuchu insurekcji kościuszkowskiej, w latach 1893-1894, i początkowo związana była ona z innym pięknym miastem, Lwowem. Liczne wiadome zawirowania w polskiej historii XX wieku spowodowały jednak, że ostatecznie olbrzym trafił na Dolny Śląsk i to właśnie tam zachwyca po dziś dzień oczy turystów oraz miłośników sztuki.
Mi udało się dotrzeć w to niesamowite miejsce dopiero przy okazji czwartej wizyty we Wrocławiu, ale warto było przeczekać nawet te trzy wcześniejsze...


Do serca budynku prowadzi niedługa, kręta ścieżka, otwierana dla zwiedzających co pół godziny. Po dotarciu pod obraz, grupa na samym początku ma kilka minut dla siebie, by wstępnie zobaczyć dzieło, czy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia. Kolejną część seansu wypełnia opowieść o genezie i losach dzieła oraz dokładny opis jego wszystkich fragmentów. Całość zamyka się w owych pół godzinach.

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że monumentalna "Bitwa pod Racławicami" (o wymiarach 15x114 metrów!!) nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia. Mimo tak ogromnych rozmiarów, każdy element arcydzieła opracowano idealnie... Dowodzący polską stroną Kościuszko na dorodnym rumaku, decydujące starcie sił polskich i rosyjskich, atakujący kosynierzy z proporcem Matki Boskiej Częstochowskiej, odwrót Rosjan na tle rzadkiego, piaszczystego sosnowego lasku, pomoc wiejskich kobiet z Dziemięrzyc rannym i konającym rodakom, czy rozpacz kobiety przed chatą nad ciałem męża; każda cząstka panoramy otrzymała własną, niczym innym niezmąconą duszę, opowiada swoją wyjątkową historię o losach jakże ważnej dla Polaków bitwy.
Owy gargantuiczny rozmiar arcydzieła oraz sam układ rotundy, dają wrażenie, że jakoby samemu się w tej podracławickiej bitwie uczestniczyło.

Chłopska chata, za nią liczna grupa kosynierów i dowodzący nimi Kościuszko

Walki pod Racławicami





Modlitwa pod krzyżem i widok na Dziemięrzyce

Zaraz obok dużej rotundy stoi jej mniejsza odpowiedniczka, mieszcząca dużą makietę terenu Ziemi Racławickiej oraz długą gablotę na niemal jej całym obwodzie prezentującą ubiory i wyposażenia sił walczących na polach podkrakowskiej wsi.


Polscy kosynierzy

Artyleria rosyjska

Ceny biletów oscylują w okolicach 25-30 złotych, co nie jest jakimś zbytnim szaleństwem, zwłaszcza że w okresie do trzech miesięcy od kupna ten sam bilet zezwala na wejście do trzech innych wrocławskich muzeów, w tym do Narodowego.

Pamiątkowy medal z Panoramy

Serce Wrocławia mieści w sobie kilka punktów widokowych, z których widok zapiera dech w piersiach. W czerwcu wirtualnie dotarliśmy niemal na sam szczyt Archikatedry św. Jana Chrzciciela, dziś wywędrujemy zaś w inne miejsce...
W pobliżu rynku wznosi się ponad 70-metrowa gotycka katedra św. Marii Magdaleny panująca nad diecezją wrocławską Kościoła Polskokatolickiego; nie jest to zatem kościół rzymskokatolicki, a starokatolicki (starokatolicyzm wyodrębnił się w drugiej połowie XIX wieku, od katolicyzmu różni się między innymi odrzuceniem władzy papieskiej oraz dogmatu o jego nieomylności). W jej wnętrzu znajduje się między innymi ołtarzyk Matki Boskiej Częstochowskiej, czy kaplica poświęcona Jezusowi Miłosiernemu.


Ołtarz główny



Wracając jednakże do tematu punktów widokowych, kilkanaście metrów powyżej (dokładnie na wysokości 45 metrów) umiejscowiony jest Mostek Pokutnic, czyli łącznik dwóch wież katedralnych stanowiący świetne miejsce obserwacyjne wrocławskiego centrum. Według różnych legend, po zmroku na tymże łączniku mają pojawiać się pokutujące dusze zmarłych, stąd też się wzięła jego potoczna, bardziej upowszechniona nazwa.
Na Mostek prowadzą schody, z początku betonowe, ale gdzieś za połową drogi przechodzą w metalowe w formie krat, dlatego też w końcowym odcinku trasy lepiej nie spoglądać w dół, można bowiem dostać konkretnego zawrotu głowy...



Wrocławskie wędrówki nie mogłyby się obyć bez migawek z tych miejsc, które zawsze są odwiedzane i zawsze zachwycają, dlatego żegnam się z Wami ujęciami najpiękniejszych zakamarków Wrocławia okraszonych czystym lutowym błękitem na nieboskłonie oraz bladożółtym, wiecznie uśmiechniętym słońcem...
 
Urokliwa kapliczka przy Panoramie, częściowo wchłonięta przez drzewo...

Widok na Odrę i Archikatedrę

Most Miłości, remontowany po zdejmowaniu ton zardzewiałych kłódek...

Wrocławski rynek



Plac Solny
 
Niezwykle urokliwe i kolorowe Przejście Żelaźnicze między rynkowymi zabudowaniami


Fredro nocą...


Plebiscyt "Podróż Roku 2019" za nami, ale przed nami wielkie podsumowanie ostatnich pięciu lat cyklu "Podróże" na moim blogu, a mianowicie plebiscyt na podróż pięciolecia! W walce o tytuł staje pięć podróżniczych postów, pięć podróży roku - głosować można za pomocą sondy na prawym pasku bocznym. Swój głos można tym razem oddać tylko na jedną opcję.
W związku z plebiscytem zapraszam również na kolejny mini-konkursik, w którym można wziąć udział po oddaniu swojego głosu w sondzie i potwierdzeniu tego w komentarzu.

Po zakończeniu plebiscytu ogłoszę zwycięzcę, który otrzyma ode mnie upominek.
😊

Poniżej wrzucam linki do wszystkich postów podróżniczych:









Pozdrawiam Was serdecznie i do napisania! 😊

P.S. W jednym z wrocławskich kin miałem okazję zobaczyć "Boże Ciało" Jana Komasy. Według mnie film jest świetny, genialne ujęcia, sama historia również zachwyca, ale i skłania do refleksji... Trzymam kciuki, aby tej nocy nasz obraz zgarnął statuetkę w Hollywood, Oscara oczywiście. 😉😊

22:29

Pierwsze koty za płoty

Witam!
Wczoraj oficjalnie zakończyła się pierwsza w moim studenckim życiu sesja, a tym samym pierwszy semestr na medycynie. Z tej okazji, wykorzystując jednocześnie moment, w którym myśli i emocje powoli odciążają się od natłoku histologicznej wiedzy, przez co są one jaśniejsze i klarowniejsze, postanowiłem w końcu opisać swoje uczucia, pochwały, uwagi, blaski i cienie dotyczące mojej dotychczasowej drogi, której stacją końcową, mam nadzieję, będzie możliwość pracy w zawodzie lekarza.

Studia w porównaniu z wcześniejszymi etapami edukacji to zupełnie inna bajka, bajka do której musiałem przywyknąć w bardzo krótkim czasie i to jak najefektywniej. Biologię, chemię, czy matematykę z liceum zastąpiły anatomia, fizjologia, histologia, a od grudnia jeszcze biochemia. Przygotowanie na zajęcia przestało polegać na nauczeniu się tego, co było, teraz polega bowiem na nauczeniu się tego, co dopiero będzie omawiane; z tego też jesteśmy często rozliczani, w pierwszym semestrze głównie na histologii, na której zajęcia zawsze rozpoczynały się od kilkuminutowej wejściówki, czyli formy testu jednokrotnego wyboru. Histologiczne wejściówki trzeba było zdać na minimum 60%, czyli na dziesięć pytań gwarancję zdania i niemartwienia się poprawkami należało dobrze odpowiedzieć na sześć i więcej. Jeśli chodzi o pozostałe trzy przedmioty, to wejściówki odbywają się rzadko (jeszcze na ćwiczeniach laboratoryjnych z biochemii jest zawsze test, ale w tym przypadku 60% trzeba mieć ze wszystkich sumarycznie by je zaliczyć), a z anatomii nie odbywają się w ogóle.

Jeden z wielu momentów spędzonych w Bibliotece Medycznej z anatomią ;)

Jeśli chodzi o te ostatnie cztery miesiące, to najtrudniejszym dla mnie okresem była niewątpliwie połowa listopada. Pierwsze kolokwia, pierwsze poważne stresy, dodatkowo owe kolokwia tak dość niemiło nagromadziły się w jednym terminie, ta presja, ten ciągle rosnący nawał pracy spowodował, że organizm odmówił mi posłuszeństwa. Nie miałem na nic siły, jeszcze wtedy na nieszczęście napatoczyła się choroba i dwa tygodnie z antybiotykami oraz dokuczliwym drapiącym gardłem, katarem, ogólnym osłabieniem... Trwał chwilę ten stan niemocy, jakiegoś dziwnego letargu, który uporczywie nie pozwalał mi czegokolwiek zrobić. W pewnym momencie jednak stwierdziłem, że bezsensem byłoby się poddać tej niedobrej sile, że przecież nie po to dotarłem do tego miejsca, by teraz jakiś lekki kryzys rozmiótł mnie w pył. Tamta chwila stanowiła przełom, to ona dała początek ścieżki ku lepszemu... dziś jest już tylko dobrze, a to listopadowe wspomnienie z perspektywy czasu bardziej pomogło niż zaszkodziło, dzięki niemu bowiem mogę być teraz silniejszy i odporniejszy na wszelakie studenckie przeciwności losu.

Centrum anatomii od samego początku stanowi jedna z sal na pierwszym piętrze w prosektorium. Jeszcze w wakacje niepojętym dla mnie było, jak można mieć w takim miejscu zajęcia i bez większych problemów tam wytrzymać ponad dwie godziny dwa razy w tygodniu. To zdziwienie i niedowierzanie podsycały oczywiście przeliczne plotki oraz zmyślne historie między innymi o mdlejących szeregami studentach na widok zwłok, czy o możliwie najgorszym zapachu jaki w tych pomieszczeniach prosektoryjnych panuje...
Rzeczywistość okazała się zdecydowanie inna; anatomiczne zajęcia w prosektorium mają jak najbardziej rację bytu, a nawet potrzebę, na szczęście nikt tam nie mdleje, co najwyżej lecą łzy i suszy w gardle od oparów formaliny w których preparaty są zakonserwowane, i właśnie ta formalina jest chyba jedynym źródłem lekkich nieprzyjemności w sali prosektoryjnej.

Theatrum Anatomicum w którym odbywają się zajęcia z anatomii

Anatomia jako przedmiot jest oczywiście królową pierwszego roku, a zatem wymaga największej uwagi, atencji i najbardziej daje w kość. Kolokwia z niej obecne są w dwóch formach: teoretyczne w formie testu z zagadnieniami zarówno typowo książkowymi, jak i tymi klinicznymi, a także praktyczne, zwane potocznie "szpilkami", na którym to w pięciu salach rozpoznajemy łącznie piętnaście struktur z wbitą szpilką lub z podwiązanym żółtym sznureczkiem i na specjalnych kartach zapisujemy ich nazwy w dwóch językach, polskim i albo angielskim, albo łacińskim.

W trakcie zajęć

Kolejny przedmiot, czyli fizjologia, jest dość specyficzna ze względu na to, że na zajęciach poznajemy praktyczną płaszczyznę tego przedmiotu, czyli między innymi uczymy się robić EKG, mierzyć ciśnienie, osłuchiwać pacjenta, czy wykonywać badanie neurologiczne, zaś teorię, z której jesteśmy rozliczani na kolokwiach, jedynych na roku w formie pytań otwartych, musimy przerobić sami, głównie z tzw. "masajek", czyli skryptu z gargantuicznego podręcznika fizjologicznego.

A tutaj po raz pierwszy mierzyłem ciśnienie i miałem założony stetoskop

Histologia to głównie praca z mikroskopami, elektronogramami i licznymi bladożółtymi prezentacjami stanowiącymi kwintesencję tego, co powinniśmy umieć na wejściówki, kolokwium i sam egzamin.

Jeden z wielu preparatów, który mógł się pojawić na histologicznych "szkiełkach"

Ostatni taki stricte medyczny przedmiot, czyli biochemia, towarzyszy nam od początku grudnia. Tutaj znowu mamy osobno seminaria, na których omawiane są poszczególne teoretyczne zagadnienia oraz ćwiczenia w laboratoriach. Owe ćwiczenia odbywają się raz na dwa, trzy tygodnie (nasza grupa miała jak na razie takowych trzy), na nich uczymy się używać różnych urządzeń na przykład spektrofotometrów, czy chromatografów, prócz tego wykonujemy jakieś czynności za pomocą biuret, pipet, czy specjalnych programów w będących na salach małych komputerach. Wszystko to opisujemy potem w specjalnych sprawozdaniach, za które także otrzymujemy punkty.
Oprócz tych czterech przedmiotów, w pierwszym semestrze mieliśmy także etykę na której rozważaliśmy problemy natury moralnej w zawodzie lekarskim, WF oraz historię medycyny.

Sesja zimowa, pierwsza w mojej studenckiej drodze, która bezpowrotnie minęła wczorajszego przedpołudnia, składała się z trzech egzaminów. Na początku trzeciej styczniowej dekady mieliśmy ustny egzamin z historii medycyny, na którym to musieliśmy wystarczająco poprawnie odpowiedzieć na trzy wylosowane przez nas pytania. Moje wypowiedzi na temat ogólnego wyglądu, założeń medycyny w starożytnych Indiach, Egipcie, Mezopotamii i Chinach, postaci Ludwika Karola Teichmanna oraz pomyłce Galena i dalszym rozwoju myśli na temat obchodzenia się z ranami, głównie tymi ropiejącymi dały mi pierwszą piątkę i pierwszą ulgę (jak do tej pory niemalże wszystko na tym studiach jest pierwsze).
Dwa kolejne egzaminy odbywały się w ramach zaliczenia histologii, która jako jedyna z tych czterech głównych przedmiotów zamyka się w okresie semestru zimowego. W poniedziałek odbyła się pierwsza część, praktyczna, potocznie zwana "szkiełkami". Polegała ona na tym, że w sali na trzech stołach ustawione było trzynaście mikroskopów optycznych oraz dwa zdjęcia z mikroskopu elektronowego, a my musieliśmy rozpoznać jakie konkretne preparaty ustawili nam egzaminatorzy na tych trzynastu urządzeniach i co przedstawiały te dwie fotografie. Za każdy rozpoznany, w pełni opisany preparat dawano jeden punkt, czyli jak łatwo policzyć cały egzamin zamykał się w piętnastu punktach. Mi udało się zdobyć 14,5 punktu, z czego wynika, że przy jakimś jednym preparacie musiałem napisać niewystarczający opis mimo jego prawidłowego rozpoznania.
Druga część, teoretyczna w formie testu, odbyła się wczoraj, zawierała się ona w stu pytaniach. Na te sto punktów udało mi się zdobyć 91 z czego również jestem bardzo zadowolony, w końcu całą histologię zaliczyłem również na piątkę.
W pierwszym semestrze zakończyła się również etyka, ale tutaj zaliczenie przedmiotu odbywało się na zasadzie aktywności na samych zajęciach oraz napisaniu na samym końcu eseju. Etykę również zaliczyłem z piątką w rubryce.

Ale że nie samą nauką człowiek żyje, nawet student medycyny, to tutaj takież ujęcie krakowskich dachów z Akademii Muzycznej, na której dachu byłem na początku stycznia

Drugi, letni semestr przyniesie jeszcze więcej pracy, którą w maju i czerwcu ocenią egzaminy z pozostałych przedmiotów, do tego dojdzie jeszcze pierwsza pomoc, genetyka oraz wybrany fakultet - ja zdecydowałem się na "Sztukę, estetykę, medycynę" głównie dzięki takiej możliwości chwilowego przeskoku na płaszczyznę humanistyczną, artystyczną, zapowiadanym spacerom do muzeów, a także najpiękniejszych krakowskich kościołów i innych zabytków...

Mam nadzieję, że najwytrwalsi dotarli do tego tu miejsca, rozpisałem się dziś bardzo, to fakt, ale czasem też warto dać pierwszeństwo słowom, nie zawsze kolorowe zdjęcia muszą królować, nie zawsze jest na to miejsce i czas...


Plebiscyt "Podróż Roku 2019" za nami, ale przed nami wielkie podsumowanie ostatnich pięciu lat cyklu "Podróże" na moim blogu, a mianowicie plebiscyt na podróż pięciolecia! W walce o tytuł staje pięć podróżniczych postów, pięć podróży roku - głosować można za pomocą sondy na prawym pasku bocznym. Swój głos można tym razem oddać tylko na jedną opcję.
W związku z plebiscytem zapraszam również na kolejny mini-konkursik, w którym można wziąć udział po oddaniu swojego głosu w sondzie i potwierdzeniu tego w komentarzu.

Po zakończeniu plebiscytu ogłoszę zwycięzcę, który otrzyma ode mnie upominek.
😊

Poniżej wrzucam linki do wszystkich postów podróżniczych:


 
 
Pozdrawiam serdecznie i do napisania! 😉😊
Copyright © 2014 Świat z mojej perspektywy , Blogger