15:54

Pocztówki z Dobczyc

Witam!
Starzy bywalcy na pewno pamiętają wpisy sprzed kilku lat w których pokazywałem najładniejsze zakątki podkrakowskich Dobczyc. Miasteczko to, a zwłaszcza najstarsza jego część, ma w sobie niepowtarzalny urok, dzięki czemu jest ono dość częstym celem moich weekendowych i wakacyjnych przejażdżek. 

Mimo niewielkiego obszaru dobczyckie Stare Miasto kryje w sobie spory kawał historii. XIV-wieczny zamek pamiętający rządy Łokietka, skansen będący śladem po przeszłych pokoleniach, klasycystyczny kościół św. Jana Chrzciciela, czy lipa Marysieńka zasadzona na pamiątkę zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem w 1683 roku... to najistotniejsze punkty na jego mapie, ale niejedyne. Niechaj ten wpis będzie więc uzupełnieniem dobczyckiej trylogii powstałej na blogu ponad 7 lat temu (olaboga! jak to szybko minęło...).

Widok ku zamkowi z Góry Zamkowej

Stare Miasto w Dobczycach ulokowane jest u podnóża Góry Zamkowej, której wierzchołek stanowi świetny punkt widokowy. Stamtąd można obserwować leniwie kołyszące się wody Jeziora Dobczyckiego, dolinę Raby kierującą się ku Uściu Solnemu (o którym pisałem w ostatnim wpisie), panoramę pozostałej części Dobczyc, ale także zamek prezentujący się niezwykle dostojnie z tejże perspektywy. Ostatnimi laty, głównie dzięki utworzeniu wygodnej ścieżynki wzdłuż południowego boku Starego Miasta oraz postawieniu kilku ławeczek, ów wierzchołek stał się bardziej dostępny i przyjazny turystom. 

Wierzchołek wieńczą wiekowa lipa oraz nieco młodsze dębowe drzewo

Góra Zamkowa jest częścią Korony Beskidu Myślenickiego

Drewniany krzyż wiszący na lipowym pniu

Widok na dobczycki zamek

Patrząc ku północy oczom ukazuje się panorama Dobczyc...

...a ku południowi widok na Jezioro Dobczyckie

Ścieżka o której wspominałem chwilę temu dla mnie osobiście jest strzałem w dziesiątkę. Do tej pory bowiem brakowało takiej alternatywnej trasy prowadzącej przez Stare Miasto, która mogłaby pozwolić na odkrycie innego oblicza tegoż miejsca. Trasa, prowadząca od bramy oraz zachowanych murów pod szczyt Góry Zamkowej, przylega do brzegów Jeziora Dobczyckiego przez co zapewnia nie byle jakie widoki, zwłaszcza w letnie, słoneczne popołudnia...



Spacer takimi szlakami to czysta przyjemność...

...zwłaszcza gdy można rozkoszować się takimi widokami

Jezioro Dobczyckie, zwane także Zbiornikiem Dobczyckim, jest sztucznym zbiornikiem wodnym utworzonym w 1986 roku w celu rozwiązania problemu jakim były zbyt częste powodzie w dolinie Raby. Wody spiętrzono zaporą, której korona, długa na 617 metrów, kryje w sobie kolejną urokliwą spacerową ścieżkę. Z jednej strony można podziwiać spokojną taflę jeziora oraz migające w oddali beskidzkie szczyty, z drugiej zaś esy-floresy kreślone przez jedną z wiślanych cór, Rabę.


W oddali nieśmiało formuje się beskidzki horyzont

Każdy kierunek świata oferuje inne, jakże odmienne widoki...

Wody Raby wracające do naturalnego koryta

Widok na zamek z korony zapory

Mimo że zapora wznosi się w sąsiedztwie zamku oraz całego Starego Miasta, to do ubiegłego roku oba te miejsca nie miały ze sobą bezpośredniego połączenia. Wytyczenie jeszcze jednej ścieżynki zażegnało jednak tę dosyć niezrozumiałą niedogodność i obecnie można się wdrapać za jednym zamachem i tu, i tam. Korzystając z okazji to muszę przyznać, że bardzo mnie cieszy to, jak ostatnimi czasy rozwinięto turystycznie tę okolicę. Utworzenie nowych ścieżek, uatrakcyjnienie Góry Zamkowej umożliwiło odkrycie dobczyckiego Starego Miasta na nowo, z zupełnie innej perspektywy, która okazała się być równie urzekająca. 

Ścieżka łącząca koronę zapory z dobczyckim Starym Miastem


Dobczycki zamek widziany z owej ścieżki; jedna budowla, a tyle perspektyw...

Dobczyce wielce zasługują na uwagę turystów odkrywających małopolskie perły i perełki. Tak jak pisałem na samym początku, miejsce to skrywa w sobie ogromny urok przez co nie daje o sobie tak łatwo zapomnieć...

Na sam koniec panorama ze szczytu Góry Zamkowej


A jeśli chciałby ktoś nadrobić zaległości lub jeszcze raz odkryć Dobczyce z mojej perspektywy to poniżej wklejam odpowiednie linki:

Swoją drogą, to muszę kiedyś odświeżyć te wpisy, bo jednak kilka lat od ich powstania już upłynęło...

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do napisania! ;)

20:38

Pozostałości bogatej historii Uścia Solnego

Witam!
W zeszły weekend miałem w końcu czas, by na spokojnie siąść za kierownicę mojego białego fiata i odkryć kolejne urokliwe miejsce na małopolskiej mapie. Tym razem padło na Uście Solne, niewielką wioskę wznoszącą się nieopodal ujścia Raby do Wisły. 
Samo Uście Solne kojarzyłem, kilkukrotnie też przez tę miejscowość przejeżdżałem w drodze do chociażby Zalipia, ale dopiero niedawno, i to przypadkiem, dowiedziałem się, że ma ona do zaoferowania całkiem ciekawą historię, a także plac rynkowy będący żywym dowodem owej historii.





Dzięki swojemu korzystnemu położeniu, tuż przy ujściu Raby do Wisły, Uście Solne od XIV wieku stanowiło ważny punkt na gospodarczej mapie Polski. Kazimierz III Wielki nadał wsi prawa miejskie w 1360 roku, które, z krótkimi przerwami, utrzymywano w mocy do 1933 roku. O potencjale i ważności Uścia świadczył duży rzeczny port z którego sól z Bochni spławiano w dół Wisły (stąd też nazwa: Uście Solne) oraz rynek dorównujący swoją powierzchnią królewskiemu Krakowowi, co zadziwia przejezdnych po dziś dzień. Świetność gospodarcza nadwiślańskiego miasta trwała do początkowych lat XIX wieku, kiedy to Austriacy wybudowali nowy port rzeczny w pobliskich Świniarach.

Pomnik Kazimierza Wielkiego postawiony w 2010 roku z okazji 650. rocznicy lokacji Uścia Solnego


Nie mogło zabraknąć selfie z królem, a jednocześnie założycielem uniwersytetu, którego aktualnie jestem studentem ;)

Nadrabiańskimi wałami biegnie ścieżka pieszo-rowerowa, krajobraz iście sielski…

Pisząc o Uściu Solnym warto również wspomnieć o drewnianej zabudowie pochodzącej z przełomu XIX i XX wieku, której pozostałości dodają mnóstwo uroku uścieckiemu rynkowi. Jedna z zagród wznosząca się przy północno-zachodnim kącie placu jest tego doskonałym dowodem, wpatrując się bowiem w jej świetnie zachowany układ z łatwością można wybrać się w podróż w czasie na staropolską, sielską wieś. Za takie momenty można wiele oddać...




Słonecznikowe kwiaty przy drewnianej chatce to jeden z cudniejszych obrazków jakie późne lato może nam przynieść…

Wyprawa do Uścia Solnego okazała się strzałem w dziesiątkę. Bardzo lubię takie miejsca z duszą, które są nieco zapomniane i w tymże zapomnieniu kryją mnóstwo ciekawostek. Polecam każdemu zatrzymać się kiedyś, choćby na chwilę, i poczuć tego ducha piastowskiej historii...


Sam sierpień upłynął u mnie dość szybko, głównie za sprawą praktyk wakacyjnych, które miałem przyjemność odbyć na oddziale endokrynologii w krakowskim NSSU. Cztery tygodnie poznawania organizacji pracy na oddziale, metod oraz ścieżek leczenia pacjentów endokrynologicznych oraz co chyba najważniejsze, paradoksalnie, zaprzyjaźniania się z komputerowym systemem prowadzącym dokumentację pacjentów. Przepisywanie historii choroby, wyników i epikryz z poprzednich hospitalizacji, wprowadzanie odpowiednich zleceń, czy to na badania, czy na leki, wpisywanie informacji uzyskanych podczas zbierania wywiadu oraz przeprowadzania badania fizykalnego, dekursusów, rozpoznanych chorób zgodnie z ICD-10... praca z systemem zajmuje wręcz horrendalną ilość czasu, co dość mocno mnie zaskoczyło. Mimo wszystko był to bardzo pozytywny i, co najistotniejsze, owocny miesiąc spędzony w gronie fantastycznych specjalistów i rezydentów. Dzięki temu myśli o pozostaniu w przyszłości endokrynologiem będą się tlić coraz częściej i coraz pewniej w mojej głowie, co mnie napawa dużym optymizmem na kolejne lata studiów.

Zdjęcia z windy też nie mogło zabraknąć ;)


Pozdrawiam serdecznie i do napisania! :)

19:30

Zielonym szlakiem na szczyt Turbacza

Witam!
W trzecią majową niedzielę, wyjątkowo ciepłą i słoneczną, wybrałem się z trzema przyjaciółmi ze studenckiej grupy na wycieczkę na Turbacz. Stwierdziliśmy, że taki dzień w górach będzie idealnym sposobem na podładowanie witalnych baterii przed zbliżającą się sesją. Gorce oraz Pieniny, w przeciwieństwie do Tatr, są miejscami, których odkrywanie sprawia mi ogromną przyjemność, więc od samego początku byłem przekonany, że zdobycie najwyżej położonego szczytu Gorców dostarczy mnóstwo frajdy oraz satysfakcji. 


Według wielu źródeł wysokość Turbacza wynosi 1310 m.n.p.m., co czyni go najwyższym szczytem Gorców i jednym z 28 szczytów należących do Korony Gór Polskich. Turystyka prężnie tam działa od przeszło dwóch stuleci i przez cały ten czas wielce zachwyca rzesze turystów przemierzających kolorowe szlaki. 

Zielony szlak, który prowadził nas pod schronisko na Turbaczu, zaczyna swój bieg na nowotarskim Kowańcu. Początkowy odcinek szlaku jest niewątpliwie najbardziej wymagającym ze względu na przydługie, strome podejście niestabilną, kamienną ścieżką.



Po dotarciu na pierwszą polanę trasa staje się mniej wymagająca, a także o wiele bardziej malownicza i zachwycająca. Na całej długości szlaku są jeszcze dwa bardziej strome podejścia, ale przez wzgląd na dobrze ubity trakt, ich pokonanie nie jest aż tak wyczerpujące. 




Gorczańskie polany odsłaniają przed turystami najpiękniejsze oblicza tegoż pasma. Bajeczne panoramy zapierają dech w piersiach, a drewniane chatki i szałasy czynią tę górską sielankę kompletną. Warto przycupnąć, choć na chwilę, na jednej z tych polan i całkowicie oddać się chwili...












Stoki Turbacza podczas i po zakończeniu II wojny światowej były miejscem licznych walk między partyzantami a Niemcami, a później komunistami. Wydarzenia te upamiętnia brzozowy krzyż osadzony nieopodal schroniska i szczytu Turbacza.


Po około godzinie i 45 minutach intensywnego marszu dotarliśmy do schroniska na Turbaczu. Przyimek "na" w tym przypadku może być dość mylący, bowiem najwyższy gorczański szczyt i schronisko dzieli jakieś 10-minutowy fragment czerwonego szlaku i około 30 metrów przewyższenia. Co ciekawe, tenże końcowy odcinek trasy w znacznej części pokryty był śniegiem! W połowie maja taki obrazek jest nie lada ciekawostką, a zwłaszcza dla takiego górskiego żółtodzioba jak ja, więc oczywiście nie obyło się na chwilowym postoju, by ulepić i rzucić symboliczną śnieżką.




Udane zdobycie Turbacza i stanięcie na 1310 metrze nad poziomem morza oznajmił nam słynny już obelisk pod którym nie mogliśmy sobie odmówić zrobienia pamiątkowego zdjęcia. 


Wrzosowiska porastające wierzchołek z młodziutkimi świerkami wzbijającymi się tu i ówdzie w połączeniu z widokami na beskidzkie pagórki tworzą przepiękny obraz, który zapada w pamięci na długi czas...





Przed zejściem z Turbacza skorzystaliśmy z dobrodziejstw knajpki w schronisku zajadając się cieplutkimi moskolami oraz pożywną zupą. Najedzeni mogliśmy z uśmiechem na ustach schodzić w kierunku Nowego Targu.



Zdjęcie wyszło w sumie przypadkiem, ale często w takiej przypadkowości można znaleźć coś tajemniczego i intrygującego...

Wirtualny powrót na stoki Turbacza chciałbym zakończyć małą dygresją. Nie wiem jak inni się na to zapatrują, ale dla mnie schodzenie jest o wiele bardziej wymagające i kłopotliwe aniżeli wchodzenie, zwłaszcza mając z tyłu głowy odcinki na których ścieżka jest niestabilna i wyboista. Takie momenty budzą we mnie o wiele więcej strachu i niepewności, bo przecież łatwiej wtedy o potknięcie się, przewrócenie i wszystkie konsekwencje mogące za tym iść. Dla kondycji niewątpliwie większym przeciwnikiem jest kroczenie pod górę, ale mimo wszystko wtedy jednak trudniej o taką solidną, niebezpieczną wywrotkę. Jest szansa, że właśnie napomknąłem o czymś bardzo oczywistym i zupełnie nieodkrywczym, ale jeśli ktoś z Was chodzi po górach to może dać znać jaki etap, wchodzenie czy schodzenie, jest tym gorszym. Jakoś zaciekawiła mnie ta kwestia...

A jeśli ktoś jeszcze nie zdobywał Turbacza to polecam, zdecydowanie warto poczuć gorczańskiego ducha i zobaczyć te piękne krajobrazy na własne oczy, nawet gdy nie ma się stalowej kondycji i wielkiego górskiego doświadczenia.

Pozdrawiam wszystkich i do napisania! ;)
Copyright © 2014 Świat z mojej perspektywy , Blogger