czwartek, 15 lutego 2018

Podróże #37: Bazylea i Illzach (Europejskie Spotkanie Młodych Taize)

Witam wszystkich!
W końcu nadeszły jakże upragnione przez wszystkich ferie zimowe, dlatego też mogłem znaleźć chwilkę czasu, aby poopowiadać, co się podziało przez ostatnie 2 miesiące.
Post głównie poświęcę pielgrzymce do Bazylei, ale słowo wspomnę o moich zmaganiach w olimpiadzie z języka polskiego o której pisałem w ostatnim poście. Praca z pierwszego etapu, oceniona na 80%, pozwoliła mi awansować do kolejnej części konkursu. Już w tę sobotę czeka mnie około 7 niezwykle ciężkich godzin, w trakcie których będę musiał napisać wypracowanie (temat poznam dopiero na samym konkursie) oraz test gramatyczny. Trzymajcie kciuki!

Zapewne pamiętacie, jak w ostatnim poście pisałem również, że pod koniec grudnia wezmę udział w 40. Europejskim Spotkaniu Młodych Taize w Bazylei. Dzisiaj więc zabiorę Was na krótki spacer po tym pięknym szwajcarskim mieście, opowiem przy okazji, jak wyglądała ta cała impreza, a także pokażę niewielkie, francuskie miasteczko - Illzach, w którym moja grupa miała nocleg.

Na wyjazd pojechałem z grupą z krakowskiego kościoła Karmelitów. Do Bazylei wyjechaliśmy 27 grudnia o 14:00 po mszy świętej. Jechaliśmy 18 godzin, po drodze mijając Katowice, Opole, Wrocław, Drezno, Norymbergę oraz Karlsruhe.

Pierwszym punktem naszego pobytu w Bazylei była rejestracja w St. Jakobshalle, a zaraz po niej, cała nasza grupa otrzymała garść szczegółowych informacji od polskich wolontariuszy, którzy dodatkowo mieli za zadanie przydzielić nas do parafii, w których będziemy mieli nocleg. Bazylea leży na styku trzech państw, tj. Niemiec, Francji i Szwajcarii oczywiście, dlatego też istniało po 33% szans, że zostaniemy przydzieleni do jednego z tych krajów. Ja prosiłem tylko o to, abyśmy wylądowali we Francji, ponieważ Szwajcaria nie należy do UE więc opłaty komórkowe są o wiele, wiele wyższe, a za Niemcami nie przepadam. 😄😄





Udało się! Nasza 25-osobowa grupa została podzielona na 3 mniejsze i każda z nich powędrowała do innego państwa. Moją grupkę przydzielono do parafii w Illzach niedaleko Mulhouse (Miluzy) we francuskiej Alzacji. Z walizkami, plecakami musieliśmy dotrzeć do tamtego miejsca, co nas kosztowało około 2 godziny i 4 przesiadki (2 razy autobusem, raz tramwajem, a raz pociągiem), ale ile było przy tym frajdy, a zarazem pomocy i wsparcia!
W kościele św. Bernarda w Illzach otrzymaliśmy niewielki poczęstunek (herbata, croissant oraz różnego rodzaju ciasta), a zaraz po nim dostaliśmy konkretne informacje, gdzie i u kogo będziemy mieć nocleg.

Po dotarciu do domów gospodarzy, chwilowym zapoznaniu się z nimi i krótkiej regeneracji, jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy z powrotem do Bazylei, gdzie otrzymaliśmy prowiant, a po zjedzeniu go na płycie parkingu samochodowego, weszliśmy do St. Jakobsarena na wieczorną modlitwę i śpiewanie kanonów.
Z kolacjami w Bazylei była dość ciekawa sprawa. Co wieczór dostawaliśmy bułkę, jakieś masło, serki, jabłko, tradycyjnie jak na Taize mandarynki, wodę oraz ciepłą zupę - co dzień inna (raz z soczewicą, raz minestrone, raz warzywna z ryżem), ale jak bardzo rekompensowała to zimno zewsząd bijące. Zwłaszcza, że jak pisałem wyżej, miejscem konsumpcji była płyta pobliskiego parkingu samochodowego; bez ciepłych kurtek i karimat naprawdę łatwo o chorobę.







Kolejne 2 dni wyglądały bardzo podobnie: rano śniadanie u gospodarzy, następnie poranna modlitwa w pobliskim kościele w Illzach połączona z rozmowami o Biblii po angielsku, po niej transport do Bazylei, w której najpierw zwiedzaliśmy samo miasto, a później jechaliśmy do St. Jakobsarena na wieczorną modlitwę i około 21 ruszaliśmy pociągiem z powrotem do Illzach.
Miasto-gospodarz spotkania okazało się być bardzo przyjemnym i pięknym miejscem.


W Nowy Rok z gęb bazyliszków wypływa szampan

Bazylejska katedra (protestancka)

Kolejka po herbatę na placu przy katedrze

Widoki na Ren i Małą Bazyleę








Mnie najbardziej urzekły te drewniane okiennice, cudo!


Kościół przekształcony w Muzeum Historyczne; w Szwajcarii niestety taki los dotyka coraz więcej kościołów



Dworzec Główny
W Sylwestra, po powrocie z Bazylei udaliśmy się do kościoła w Illzach, w którym przywitaliśmy nowy rok. Wydarzeniu temu towarzyszył pokaz fajerwerków oraz bijące zewsząd ciepło człowieka; każdy każdemu składał sobie życzenia noworoczne, chociaż tak naprawdę nikt się ze sobą nie znał, czuć było radosną atmosferę i poczucie szczęścia oraz bezpieczeństwa, że można znaleźć taki niewielki skraweczek świata, na którym króluje miłość i pozytywna energia - to było ważne dla wszystkich, zarówno dla pielgrzymów, jak i mieszkańców Illzach. W mojej parafii oprócz Polaków gościli Litwini, Ukraińcy, Białorusini, Czesi, Niemcy, Austriacy, Włosi, no i oczywiście Francuzi, ci miejscowi, jak i ci z innych zakątków kraju.
Po chwili, w kościele rozpoczęło się święto Narodów, w trakcie którego każda goszcząca grupa z danego państwa przedstawiała innym coś związanego z ich ojczyzną. Mieliśmy okazję zatańczyć mazurka, pośpiewać kolęd w rozmaitych językach, ale głównie poznać inne kultury, inne spojrzenie na świat...
Około 1:30 powędrowaliśmy wszyscy do domu parafialnego, gdzie otrzymaliśmy poczęstunek od naszych francuskich przyjaciół - ciasta, sałatki, zupy, rozmaite wypieki, a wszystko było przepyszne!

Kościół w Illzach od zewnątrz...

... i od wewnątrz!






W Nowy Rok udaliśmy się na poranną Mszę Świętą do pobliskiego kościoła, po której nastąpiło pożegnanie grupy pielgrzymów przez parafian - nie obyło się bez ciepłych pożegnań, wymieniania kontaktów zarówno z innymi grupami, jak i z samymi miejscowymi, a także bez wspólnego zaśpiewania kilku piosenek na dobrą drogę powrotną.
Te chwile, ale też momenty, gdy szliśmy do kościoła, czy jechaliśmy autobusem z Miluzy dały też możliwość zauważenia piękna tych francuskich miast.

Dworzec w Basel

Przystań w Miluzie



Illzach... i znów te cudne okiennice ♥

Zbór protestancki w Illzach

Taka sielanka, jak u Kochanowskiego! Cudnie!


Zaraz po tym udaliśmy się do naszych rodzin, u których zjedliśmy noworoczny obiad, obdarowaliśmy się prezentami i pożegnaliśmy się, wierząc, że 'do zobaczenia!' kiedyś jeszcze nadejdzie.
O 16, z lotniska w St. Louis odjechał autobus powrotny do krakowskiego kościoła Karmelitów, do którego zajechaliśmy 15 godzin później.

Podczas wieczornej modlitwy w dzień przed Sylwestrem, jeden z braci Taize, Alois, ogłosił, że następne spotkanie odbędzie się w Madrycie! Nie mogę się doczekać!
Ten wyjazd pozwolił mi zbliżyć się jeszcze bardziej do Boga, przez modlitwy, rozmowy o Biblii, kazania braci o szukaniu źródeł radości (temat przewodni tego spotkania) oraz o tym, że niedaleko nas, bo w Sudanie, żyją ludzie, dla których każdy dzień jest wielkim wyzwaniem i przeszkodą - powinniśmy się cieszyć i być wdzięczni za to, że żyjemy w lepszych, godniejszych warunkach i winniśmy pomagać tym, którym ta pomoc jest naprawdę potrzebna.
Poznałem tu również mnóstwo fantastycznych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Wizyta w Bazylei pozwoliła mi również poznać kulturę i piękno tego miasta, a także Illzach, który był niejako moim domem przez te kilka dni.

Pozdrawiam i do zobaczenia! :)

piątek, 22 grudnia 2017

Wielkie wyzwanie, trochę odpoczynku i wyjazd życia

Witam!
Ostatnimi czasy gruba warstwa kurzu pokryła półki mojego bloga, no ale cóż... dzieje się u mnie, i to dużo, co może już sugerować tytuł dzisiejszego posta.
Pierwszy semestr drugiej klasy już za mną. Średnia ocen mnie satysfakcjonuje, bo pozwoliłaby mi odebrać świadectwo z wyróżnieniem, chociaż nie ukrywam, że będę się starać poprawić ten wynik na koniec.
Klasa biologiczno-chemiczno-matematyczna to dosyć ciężka sprawa - mnóstwo, mnóstwo systematycznej nauki, ale też umiejętność rozwiązywania zadań maturalnych jest jedyną drogą do osiągnięcia dobrego wyniku na maturze, na czym bardzo mi zależy. Z drugiej strony, świetni profesorowie oraz to, że jestem w tym, a nie innym miejscu, bo to lubię, bo mnie to interesuje, rodzi we mnie niewielki wewnętrzny spokój i chyba to spowodowało, że podjąłem się pewnego niebanalnego wyzwania, a mianowicie wystartowałem w XLVIII Olimpiadzie Literatury i Języka Polskiego. Pierwszy etap tego konkursu polegał na napisaniu rozprawki. Niby nic w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że owa praca miała liczyć 15 stron oraz posiadać wszystko na dany temat - i to dosłownie.
Z kilku tematów, które można było opracować w ramach pierwszego etapu, wybrałem ten o orientalizmie polskiej literatury i kultury. Dwa tygodnie zajęło mi zebranie, ułożenie oraz spójne zamknięcie wszystkich tekstów kultury, swoich myśli, analiz, interpretacji. Gdy napisałem ostatnie zdanie, to poczułem, że dokonałem czegoś naprawdę szalonego, jak na biolchema, ale i niesamowitego - do tej pory moje rozprawki ograniczały się do dwóch stron, zaś teraz stworzyłem siedmiokrotnie większy twór, a i tak do tej pory czuję, że nie zawarłem wszystkiego co powinienem.
Całość dokładnie zaplanowałem - nie chciałem chaotycznie wciskać ogromnej liczby utworów i "lać wody" na nie wiadomo jaki temat, dlatego też stworzyłem wędrówkę po epokach literackich i w każdej z tych części przybliżałem związek orientalizmu z polskością.W sarmatyzmie pojawiły się "Pamiętniki" Jana Chryzostoma Paska, w oświeceniu bajki Niemcewicza, Krasickiego, Karpińskiego oraz "Podróże..." Potockiego, w romantyzmie oczywiście "Sonety krymskie" Mickiewicza i "Ojciec zadżumionych" Słowackiego, a w epoce modernizmu przedstawiłem "Hymn do Nirwany" Przerwy-Tetmajera, a także "Śmierć Buddy" Leśmiana. Każdy utwór opatrzyłem niewielką, lecz wiele mówiącą analizą i interpretacją oraz uzasadnieniem, co w ogóle robi on w mojej pracy i jakie w takim razie spełniał funkcje.
Teraz czekam na wyniki pierwszego etapu razem z moją przyjaciółką, która również się podjęła tego wyzwania. Co ostatecznie przyniesie olimpiada? Na pewno będę Was informował.

Semestr zakończony, praca napisana, pojutrze zaczną święta... pewnie myślicie, że sobie odpocznę za wszystkie czasy. Nie mówię, że nie, bo święta spędzę w domu z rodziną, ale 27 grudnia, zaraz po Bożym Narodzeniu, wyjeżdżam na sześć dni do Bazylei na Europejskie Spotkanie Młodych Taize. Jeśli miałbym opisać to wydarzenie swoimi słowami, to powiedziałbym, że jest to europejska wersja Światowych Dni Młodzieży, na której oprócz katolików, świętują protestanci oraz prawosławni. Cel tych corocznych spotkań to głównie jednoczenie się tych trzech głównych gałęzi chrześcijaństwa, aby w przyszłości mogła się zrosnąć i stanowić jedno.
Jeśli chcecie poczytać więcej, to zapraszam TUTAJ.
Na Taize wyjeżdżam po raz pierwszy i nie ukrywam, że moja niezmierna radość miesza się nieco ze strachem - obce państwo, inny język niż polski (bardzo nie lubię mówić w innych językach niż właśnie polski, ale cóż, będzie trzeba się przełamać), zupełnie inne warunki niż na zwykłych wycieczkach (będziemy spać w domach gospodarzy, którzy nas przyjmą - jeśli nie znajdzie się łóżko dla każdego, to będzie trzeba spać w śpiworze). Jednak jadę tam, aby jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga, ale też aby nieco oderwać się od monotonii życia - poznać coś nowego, także może nieco zapomnieć o utrapieniach, problemach...
W tym wyjeździe widzę również pewien symbol - wyjadę w 2017 roku, wrócę zaś w 2018 roku, a wtedy będę mieć rocznikowo osiemnaście lat, czyli to spotkanie może stanowić bramę do mojej dorosłości... i wierzę, że tak będzie.

Święta w Krakowie są zawsze cudne...





Dzisiaj startuje również trzecia edycja "Podróż Roku" - na prawym pasku bocznym będzie sonda, w której będziecie mogli zagłosować na swój ulubiony podróżniczy post tego roku. Zachęcam do głosowania! Poniżej linki do wszystkich podróży 2017 roku:


Na sam koniec pragnę Wam wszystkim złożyć najszczersze życzenia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia - dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności, mile spędzonego czasu w gronie najbliższych, udanych postanowień noworocznych oraz życzę Wam, ale też i sobie, żebyśmy się tu częściej spotykali.

Wesołych świąt! 🎄🎄🎄🎄

piątek, 27 października 2017

O pracy, współpracy i zaangażowaniu, które mogą zdziałać cuda

Witam!
Kończy się już drugi miesiąc kolejnego roku szkolnego, październik powoli odchodzi w siną dal, dookoła czuć zapach wosku w zniczach i chryzantemy, no a od środy, no powiedzmy od czwartku, zacznie się bożonarodzeniowe szaleństwo - reklamy w telewizji, bogato zdobione półki z akcesoriami świątecznymi i całe te przygotowania... Uwielbiam ten czas, czekanie na najbardziej magiczny okres roku potrafi być równie miłe i wesołe jak samo celebrowanie 24, 25 i 26 grudnia, przynajmniej ja tak mam, zawsze te kilka tygodni przed zaczynam odliczać krok po kroku, dzień po dniu, ile jeszcze do świąt.
Jednak wraz z mijaniem i przychodzeniem kolejnych miesięcy, na moim biurku leży coraz więcej kserówek, zadań, zeszyt do biologii coraz bardziej zapełniony, o pozostałych przedmiotach nie wspominając. Na szczęście czas leci szybko i nim się nie obejrzę, to już Boże Narodzenie, ferie, Wielkanoc i wakacje. I tak w koło, godzina za godziną, dzień za dniem, rok za rokiem...
"Im jest się starszym, tym czas płynie szybciej", te kilka słów kryją w sobie ogromną prawdę, z upływem lat można to dostrzec i to bardzo.

Ale dziś nie o tym, dziś chciałbym powrócić na chwilę do niedalekiej przeszłości, aby ukłonić się w stronę pewnych osób, u których połączenie ciężkiej pracy, współpracy i zaangażowania daje niesamowite efekty.

Z końcem sierpnia, wiejskie krajobrazy zmieniły się nie do poznania, jak to co roku bywa - kończy się czas żniw, pozostała na polach kukurydza zaczyna schnąć... Brąz zaczyna dominować wokoło, soczysta zieleń powoli, lecz nieubłaganie zanika.
W tym właśnie czasie, na mojej umiłowanej ziemi gdowskiej, po raz drugi ogłoszono konkurs na najpiękniejsze witacze, które miały stanąć przy wjeździe do danej wsi i nawiązywać do jej historii, obyczajów i tradycji.
Pierwsza edycja zorganizowana w ubiegłym roku zakończyła się dużym powodzeniem, w sumie na terenie gdowskiej gminy stanęło 13 witaczy, wszystkie pełne barw i ciekawych pomysłów. Więcej o pierwszej edycji możecie przeczytać TUTAJ.

Druga edycja zakończona z początkiem września tego roku, również bardzo zachwyciła. Mimo że wykonano pięć witaczy mniej niż przed rokiem, to według mnie były one ciekawsze, oryginalniejsze i ogólnie piękniejsze.
Podczas letnich wycieczek rowerowych, dotarłem do dwóch witaczy, w tym do tego zwycięskiego z Krakuszowic. Mieszkańcy stworzyli miniaturę miejscowego dworu na Moczydle, który został opisany w utworze Stefana Majchrowskiego pt. "Karczma na Moczydle". Swoją drogą jeśli będę mieć tylko czas, poszperam po antykwariatach tej książki, ciekawi mnie to.
Dworek powstał przepiękny. Prowadzi do niego brzozowa, niewielka kładka, a dalej wydeptana ścieżka przechodząca obok niewielkiego oczka wodnego i rzędu pomarańczowych aksamitek. Obok białej chatki ze strzechą i drewnianym gankiem stoi ławeczka, a na niej siedzi chłopka, najprawdopodobniej zmęczona po pracy.
Coś pięknego!
                                         




Drugi witacz, obok którego przejeżdżałem stał w pobliskich Wiatowicach. Wysoki, smukły, wiejski młyn z uroczymi małymi okiennicami i drewnianymi drzwiczkami. Obok niego stoi niewielki drewniany płotek, ozdobiony płodami ziemi oraz wiklinowym koszyczkiem. Również zrobił na mnie niemałe wrażenie.




I z tego miejsca wielki ukłon dla wszystkich, którzy wykonali te, ale i pozostałe witacze (całą resztę możecie oglądnąć TUTAJ), bowiem ile trzeba włożyć pracy, zaangażowania, ale też ludzkich rąk, aby wykonać takie perełki. I tak jak głosi tytuł dzisiejszego posta, praca, współpraca i zaangażowanie potrafią zdziałać cuda. I to nie tylko w tym przypadku, ale również i w wielu innych, bo właśnie tymi trzema punktami można osiągnąć wszystko.

Na sam koniec chciałbym bardzo Was zaprosić do obserwowania bloga i mnie na social media, gdzie jestem dostępny częściej:
Pozdrawiam i do następnego razu! 😌

piątek, 13 października 2017

Podróże #36: Wejście i trasa na Babią Górę

Witam po dłuższej przerwie!
Szkolny sezon zaczął się na nowo. Znowu nawał pracy, mnóstwo sprawdzianów, kartkówek, testów... Dzisiaj jednak trzynastego... piątek trzynastego, a że w ten dzień dzieją się zwykle niecodzienne zdarzenia, to i ja w ten dzień zabieram Was w kolejną podróż - na Babią Górę. Było groźnie, było ciężko, ale i pięknie oraz magicznie. Zapraszam!

W ubiegłym tygodniu na kilka dni zjechał do Polski mój brat - miłośnik chodzenia po górach i zwiedzania urokliwych zakątków naszej ojczyzny. Gdy był ostatnio, nie zdążyliśmy zdobyć żadnego szczytu, dlatego tym razem postanowiliśmy wejść na najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, czyli Diablak.
Diablak jest najwyższym szczytem pasma Babiej Góry (bo jeśli wiecie lub nie wiecie, Babia Góra to nie pojedyncza góra, tylko pasmo górskie), mierzy sobie 1723 m.n.p.m., a jego wybitność wynosi ponad 1000 m!

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Zawoi-Policzne, gdzie swój ostatni przystanek miał autobus łączący Kraków i Zawoję. Po półgodzinnym spacerze skrajem drogi wojewódzkiej nr 957, zgodnie ze strzałką niebieskiego szlaku skręciliśmy na leśną ścieżkę, która po kolejnych trzydziestu minutach zaprowadziła nas na start właściwego szlaku, czyli na Przełęcz Krowiarki.





Oczywiście wejście na Babią Górę można zacząć z Krowiarek, tylko pod warunkiem, że podjedzie się na miejsce autem. Jeśli ktoś zamierza dotrzeć tam autobusem, to nie ma innej opcji, tylko iść na nogach tak jak my albo łapać stopa.
Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy miejsce aby sobie na chwilę siąść, coś zjeść i podwoić siły przed kontynuacją naszego podboju. Gęsta mgła i chłód dający o sobie znać wszędzie nie napawały optymizmem, bardzo chcieliśmy zobaczyć piękne widoki gdy dotrzemy na szczyt, ale taki stan rzeczy po prostu uniemożliwiał to. Mimo wszystko, po zakupie biletów (2,50 zł ulgowy, 5 zł normalny) ruszyliśmy w drogę.






Pierwsza część trasy (do Sokolicy) była dość uciążliwa - strome podejście, drewniane, śliskie stopnie i zewsząd wystające kamienie powodowały, że lekko nie było. Krajobraz prezentował się jednak pięknie, niczym w romantycznej balladzie Mickiewicza - ciemny las iglasty spowity mgłą, szarugą i błyszczącymi kropelkami deszczu.
Z powrotem było jeszcze cudniej, ale o tym już niebawem.






Po niecałej godzinie drogi dotarliśmy na Sokolicę (1367 m.n.p.m), z której można podziwiać niezwykłą panoramę Zawoi i okolic. Wchodząc na Diablak, nic niestety nie ujrzeliśmy - mgła wędrowała z nami niczym wierny pies przy nodze właściciela.



Na Diablak, czerwonym szlakiem, pozostało nam około półtorej godziny drogi. Na wysokości 1400 m.n.p.m., zaczął padać... śnieg! W październiku w wysokich górach jest to coś normalnego, jednak mimo wszystko kompletnie się nie spodziewaliśmy, iż zacznie sypać. Prognozy mówiły prędzej o słońcu i przelotnym deszczu, ale nie wspomniano ni słowa o śniegu. Takie to te prognozy...
Wraz ze wzrostem wysokości padało coraz mocniej, mocniej i mocniej...
Kolejnym przystankiem na naszej drodze była Kępa (1521 m.n.p.m.) leżąca już w partii kosodrzewiny. Na drewnianym płotku leżały już długie pasma białego puchu, więc korzystając z okazji ulepiłem na szybko mini-bałwanka i umieściłem dumnie na najwyższej belce.









Z minuty na minutę coraz bardziej wzmagał się wiatr, a że szliśmy już partią niskiej kosodrzewiny, to dawał w kość. Śniegu przybywało, temperatura malała, do tego ten wicher... wszystko to bardziej przypominało wejście na himalajski szczyt, niż na, jakby się mogło zdawać, łagodny babiogórski wierzchołek.




Ostatni etap, czyli odcinek od Gówniaka (1617 m.n.p.m.) do Diablaka był zdecydowanie najcięższy - udeptana przez turystów śnieżna ścieżka momentami stawała się bardzo śliska. Do tego dość mocne, strome podejścia, mgła, mróz oraz istny huragan, nie ułatwiały zadania.
W końcu jednak dotarliśmy na szczyt. Ponad 3 godziny wejścia z Policznego na Diablak. Towarzyszyło nam ogromne zmęczenie, ale i duma. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie znajdowałem się wyżej niż wtedy (oczywiście nie wliczając lotu samolotem). Zaczynaliśmy wędrówką jesiennym lasem, kończyliśmy mocno zimowym, nagim krajobrazem. Szkoda tylko, że nasze obawy się potwierdziły i mgła uniemożliwiła nam podziwianie widoków, które ponoć są bajeczne.
Przez Diablak przebiega granica polsko-słowacka, tak więc korzystając z tego przywileju, wybraliśmy się na moment za granicę, a po chwili wróciliśmy na polską stronę. I tak z kilka razy, do znudzenia.





Krótki moment, gdy przez chwilę można było zobaczyć zarys panoramy


Zejście, jak przypuszczałem, okazało się o wiele gorsze i trudniejsze, zwłaszcza na części, gdzie szlak był ośnieżony i śliski. Poślizgnięć ilość niezliczona, jednak na szczęście wróciłem cały i zdrów.
Wracając, dostrzegliśmy na Kępie grupę członków Bractwa Niepokalanów, którzy odmawiali różaniec. W ten dzień, kiedy zdobywaliśmy Babią Górę, na terenie całej Polski odbywała się akcja "Różaniec do granic" polegająca na tym, iż ludzie odmawiali różaniec wzdłuż polskich granic, aby uchronić nasz kraj od wszelkich nieszczęść.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, zmówiliśmy razem dziesiątek różańca, od braci dostaliśmy mały obrazek oraz poświęcony medalik, po czym ruszyliśmy dalej w stronę Krowiarek.



A jednak! Nie wszystko stracone! Natura zrekompensowała nam tą mgłę na szczycie Diablaka. Gdy dotarliśmy na Sokolicę, zaświeciło słońce, mgła ustała i ukazała nam się cudowna panorama na Zawoję, okoliczne pagórki, góry i lasy. To było coś pięknego, takich widoków i takich paradoksów się nie zapomina. Około pół kilometra różnicy, a światy dwa inne - śnieżna pustynia na Diablaku i jesienna panorama z Sokolicy.
Idąc w dół sosnowym borem, widok również jakże inny od tego, który nam towarzyszył na starcie. Co tu mówić, najlepiej zobaczyć zdjęcia, to one wszystko dopowiedzą.

Tamten płotek w oddali to właśnie Sokolica

Coś pięknego












Mimo trudów, kłopotów i nieoczekiwanych przygód, wejście na Diablak okazało się bardzo ciekawą przygodą, która zapadnie w pamięci na długo.

Co do bloga, to będę się starał bywać tu częściej. Jednak z jakim to będzie skutkiem? To pokaże czas.

Na sam koniec chciałbym bardzo Was zaprosić do obserwowania bloga i mnie na social media, gdzie jestem dostępny częściej:

Pozdrawiam i do następnego razu! 😌