Witam!
Nieustanny brak współpracy między mną a kalendarzem sprawia, że dopiero teraz oddaję w blogowe ręce drugi, z trzech zapowiadanych, wiosennych wpisów. Nie chcę zanudzać Was, drodzy Czytelnicy, kolejnym przydługim wstępem o codzienności na wariackich papierach, a co za tym idzie chronicznym niedoborze czasu dla blogosfery. Pogodzenie wolnych chwil, lekkiego pióra oraz odpowiedniej weny bywa nierzadko heraklesowym zadaniem, a stworzenie kolejnej "epopei" wymaga solidnej synergii tych składowych. Mam nadzieję, że już niebawem ponadrabiam wszelakie zaległości, w tym te na Waszych blogach.
Tym razem zabiorę Was na wycieczkę... A gdzie? Pewnie po tytule wpisu już się domyślacie.
Nie ukrywam, że moja obecna, nieco ponad dwudziestopięcioletnia wersja, nie potrzebuje wiele do osiągnięcia prawdziwego, podróżniczego katharsis. Swoje serce zostawiłem, chyba już na zawsze, na plątaninie szlaków Beskidu Wyspowego oraz w krótkich, najczęściej jedno- lub dwudniowych wycieczkach w głąb polskiej sielanki. Biało-czerwona ziemia jest tak bogatą i krajobrazowo, i przyrodniczo, i historycznie, i kulturowo, że zamiast chwalić cudze na wyrost, to wolę wpierw poznać swoje. Wyjazdy poza granice Polski zaszufladkowałem zatem w głowie do kategorii kaprysów, które zaspakajam raz na ruski rok w wyjątkowo sprzyjających okolicznościach...

I taki właśnie kaprys pojawił się znienacka w jeden z kwietniowych wieczorów. Moja przyjaciółka, Julka (którą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam i ściskam), właśnie wtedy podsunęła mi pomysł wspólnego wyjazdu do Pragi. Trzeci majowy weekend spędzony u naszego południowo-zachodniego sąsiada? A w sumie czemu nie?! Czeską stolicą zachwycałem się już raz, 9 lat temu na jednej z licealnych wycieczek. Towarzyszka podróży także sprawdzona, bo mamy już za sobą jeden wspólny, niezwykle udany wyjazd- pod koniec 2023 roku odkrywaliśmy uroki Budapesztu.
Wspomniane wojaże oczywiście także dostały swoje pięć minut na blogowych półkach. Dla chętnych zostawiam odpowiednie linki:
A na dodatek ten miesiąc! Maj! Prawdziwie wiosenny, zwykle ciepły i słoneczny, ale wciąż niewakacyjny, a co za tym idzie nieprzeładowany przesadnie turystami... czy może być lepszy okres na taki weekendowy wypad? Nie zastanawiając się więc długo zdecydowałem się na pierwszą od prawie dwóch lat zagraniczną wycieczkę. Więcej już nie przedłużam. Zapraszam na wspólną, wirtualną wycieczkę do Pragi...
 |
| Naszą weekendową podróż zaczęliśmy w nocy z piątku na sobotę na jednym z peronów stacji Kraków Główny. Jednym z impulsów, które zaowocowały wyjazdem do Pragi był... pociąg! Leo Express, działający niezależnie od "ukochanego", polskiego PKP, łączy bezpośrednio oba miasta, a cały przejazd zajmuje 6 godzin z małym hakiem. Dla miłośników kolei, a zwłaszcza przydługiej jazdy z głową opartą o wielkie, nieco zakurzone okna, taki kurs to prawdziwa gratka! Bezprzedziałowy wagon oraz ciągle żywa pasażerska tkanka dosyć szybko zminimalizowały moje obawy związane z nocnymi pociągami (a jako zagorzały fan historii true-crime miałem ich początkowo sporo!)... |
 |
| Kilkanaście minut przed ósmą rano pociąg wtoczył się na tory praskiego dworca. Słabo wyspani, a zwłaszcza ja, ale podekscytowani tym wyjątkowym weekendem ekspresowo wtopiliśmy się w opary tłumu przewalającego się z jednego końca budynku na drugi. Ludzkich chmar przez najbliższe 2 dni nie będzie nam brakować... |
 |
| Po niedługiej chwili opuściliśmy teren dworca i z plecakami wypchanymi po brzegi ruszyliśmy na jeden z kilku podbojów czeskiej stolicy. Od 15:00, czyli od chwili w której mogliśmy się zameldować w hotelu, do późnych godzin wieczornych nasz harmonogram był zaplanowany wręcz co do minuty, więc aby nie tracić czasu od razu zaczęliśmy zwiedzanie. Pinezek na mapie Google zaznaczyliśmy jeszcze w Polsce całkiem sporo, dzięki czemu o braku pomysłów, a tym bardziej nudzie nie było mowy! Szwendając się po ścisłym centrum niemal od razu moją uwagę przykuły te jakże fotogeniczne i urokliwe tabliczki z nazwami ulic. Na portretach wypadały niczym z żurnala... |
 |
| Pierwszy większy cel naszego dwudniowego spaceru, Hradczany, zamigotały swoją wielkością już przy sławetnym moście Karola. Przedpołudniowe rzesze turystów nie pozwoliły nam na bliższe poznanie tej nadwełtawskiej wizytówki miasta, ale dzięki uzgodnionemu wtedy pewnemu planowi (o którym więcej w dalszej części wpisu) w żadnym stopniu nie popsuło to naszych humorów. Kilka szybkich zdjęć później ruszyliśmy na Hradczany. |
 |
| Po minięciu mostu Karola, a potem Małej Strany, zaczęliśmy się wdrapywać na królewską dzielnicę czeskiej stolicy. Zamkowe schody, nasiąknięte wilgocią po porannym kapuśniaczku, zdawały się pełzać aż ku niebu... Pierwsze panoramy nieśmiało wyrastające za plecami rekompensowały jednak wszystkie krople potu na czole oraz nadprogramowe uderzenia serca. |
 |
| Głównym celem tej zaskakująco męczącej wspinaczki była oczywiście gargantuiczna w każdym wymiarze Katedra św. Wita na Hradczanach. Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Pragę, doskonale zna tę budowlę, jej znaczenie oraz wielkość. Z takim przypadkiem mógł sobie poradzić tylko tryb szerokokątny w aparacie! |
 |
| Po odczekaniu chwilki (na szczęście tylko chwilki) w kolejce dostaliśmy się pod same drzwi tej najsłynniejszej czeskiej katedry. Bilety dorwaliśmy jeszcze przed wyjazdem, z pomocą jednej ze stron internetowych. Punktem kulminacyjnym spaceru pod dachem budowanej przez niemal sześć stuleci świątyni był niewątpliwie posrebrzany nagrobek św. Jana Nepomucena. Ponad 5-metrowy pomnik z XVIII wieku wznosi się przy miejscu pochówku czeskiego męczennika. Tej postaci i związanych z nim "nepomuków", czyli nadwodnych kapliczek z figurami tegoż świętego, chyba nie muszę nikomu przedstawiać... |
 |
| Kolejne minuty spędziliśmy w sąsiednim Starym Pałacu Królewskim. W tamtejszej sali tronowej podziwialiśmy kopie insygniów świętego Wacława. Oryginalna korona, przechowywana obecnie we wspomnianej powyżej katedrze, pochodzi z końca I połowy XIV wieku i do dzisiaj stanowi jeden z najważniejszych symboli czeskiej tożsamości. Pomyślałby ktoś, że na tym koniec historii, ale nic bardziej mylnego! Bo co jak powiem, że Wacław I Święty panował w X wieku, czyli jakieś pół milenium wcześniej? A no właśnie... te insygnia, mimo że przypisywane Wacławowi, z całą pewnością służyć mu nie mogły. Powstanie tych uginających się pod ciężarem szlachetnych kamieni atrybutów wiąże się z momentem koronacji Karola IV Luksemburskiego i wzrostem znaczenia wczesnośredniowiecznego władcy w historii kraju. |
 |
| Punktem kulminacyjnym naszej włóczęgi po Hradczanach była niewątpliwie zmiana warty pod Nowym Królewskim Pałacem o godzinie 12:00. Oczekując na to wydarzenie wybraliśmy się jeszcze na krótką przechadzkę po Złotej Uliczce. Rządek kolorowych, na pierwszy rzut oka miniaturowych kamieniczek, tonął w rwącym potoku ludzkich sylwetek i rozmów w różnych językach. Ciągłe przepychanki i walka o jakikolwiek dobry punkt obserwacyjny szybko nas zniechęciły do tego miejsca. |
 |
| Pomimo tych niedogodności, udało nam się wstąpić do domku nr 22, który w 1917 roku pełnił rolę pracowni jednego z najsłynniejszych praskich artystów, Franza Kafki. Obecnie w tej kamieniczce, jak i w sumie w każdej innej na tej uliczce, mieści się maleńki sklepik z naprawdę godnymi uwagi pamiątkami. Nam, jak na lekarzy w prawdziwym życiu przystało, udało się tam zakupić dwa polskie przekłady "Lekarza Wiejskiego". Ten zbiór opowiadań powstał właśnie w tym domku, domku nr 22 na Złotej Uliczce! Przyznam się, że całkiem zacne doświadczenie zdobyć jakieś dzieło w miejscu jego powstania... |
 |
| I tak dotrwaliśmy do godziny 12:00. Przy pierwszym dziedzińcu, codziennie w samo południe, odbywa się uroczysta zmiana warty pełnionej przez zamkową straż. Trzeba było się sporo nagimnastykować, by w takim tłumie cokolwiek zobaczyć, ale ostatecznie misja zakończyła się sukcesem. Pośród licznych fanfarów i stukotów żołnierskiego buta regimenty gwardzistów zachwycały dyscypliną, rytmem i precyzją w każdym najdrobniejszym elemencie całego spektaklu. Całość zamknęła się dość szybko, w 10-15 minut, ale mimo to zdążyła wbić się na dłużej do kilku szarych komórek... |
 |
| Przy zamkowych schodach łączących Hradczany ze ścisłym centrum Pragi wije się pokaźny taras z fantastycznym widokiem w kierunku wschodnim. Każda warstwa tej miejskiej mozaiki to inna historia, inne życie, inne radości i troski... Opancerzony szarościami niskich chmur nieboskłon nie postawił w tym obrazie przysłowiowej kropki nad i, ale spokojnie... jeszcze postawi. |
 |
Po zejściu z Hradczan zaczęliśmy kreślić esy-floresy na mapie Małej Strany. W pierwszej kolejności ruszyliśmy w kierunku Kościoła Panny Marii Zwycięskiej. Mury tej świątyni są od 1628 roku domem dla Praskiego Jezulatka, jednego z ważniejszych symboli nowożytnej Pragi. Z figurką wiąże się piękna tradycja przebierania jej w rozmaite, różnokolorowe i bogato zdobione stroje w zależności od okresu w roku liturgicznym. Warto wspomnieć, że kolekcja sukienek Praskiego Jezulatka liczy sobie obecnie około 300 sztuk, a niewielką jej część można podziwiać na wystawie w niewielkim przykościelnym muzeum.
|
 |
| Po nakarmieniu duszy nadszedł czas na nakarmienie ciała! Nieopodal Kościoła Panny Marii Zwycięskiej natrafiliśmy na małą piekarenkę z tradycyjnymi czeskimi kołaczami. Połączenie mięciutkiego ciasta drożdżowego z nie za słodkimi powidłami pozwoliło nam kontynuować ten dwudniowy spacer po stolicy. |
 |
| Wałęsanie się uliczkami Małej Strany nie mogło się obyć bez podejścia pod kultową już ścianę Johna Lennona. Skąd to powiązanie Lennona z Pragą? Nie wiadomo. W 1980 roku, kilka dni po zabójstwie założyciela grupy The Beatles, na jednym z zaniedbanych murów w centrum miasta zaczęto tworzyć graffiti. Miejsce, początkowo poświęcone legendarnemu muzykowi, szybko stało się dla prażan miejscem wyrażania siebie i swego rodzaju oazą wolności, oazą normalności, tak potrzebnym w czasach komunizmu. Graffiti żyje po dziś dzień, co chwila ktoś zostawia tam swój ślad, a całokształt ściany Lennona zmienia się jak w kalejdoskopie. |
 |
| Kolejnymi jasnymi światełkami sobotniej, niekończącej się przechadzki były: najwęższa uliczka w Pradze, której końce mogą pochwalić się sygnalizatorem świetlnym... |
 |
| ..."Sikający", czyli instalacja autorstwa Davida Cernego (zapamiętajcie to nazwisko!) z 2004 roku, która w dość żartobliwy i przewrotny sposób miała uczcić wejście Czechów do Unii Europejskiej... |
 |
| ...a także widokowy taras nad brzegiem Wełtawy, który podnosi Most Karola do rangi supermodela światowej klasy. |
 |
| Po intensywnej pierwszej części dnia dotarliśmy pod Plac Wacława. Zwieńczony poważną sylwetką gmachu Muzeum Narodowego plac był miejscem wielu demonstracji oraz historycznych dla kraju przemian, zwłaszcza w czasach komunistycznych. Obecnie "Wacławiak" daje się poznać jako przestrzeń pełna nigdy niezanikającego, ludzkiego gwaru. |
 |
| Dotarcie na Plac Wacława o godzinie 15:00 w żadnym stopniu nie było przypadkowe. To właśnie wtedy mogliśmy się na spokojnie zameldować w hotelu, zobaczyć swój nocleg i, co najważniejsze, zostawić plecaki z ciążącym już bagażem. Perspektywa jednej nocy w Pradze nieco nam zawróciła w głowie, bo zdecydowaliśmy się na wybór... pięciogwiazdkowego hotelu! Złocone korytarze z czerwonymi dywanami, złote karty-klucze do pokojów, a w końcu sam apartament... Przekraczając jego próg po raz pierwszy poczułem się jakbym miał zaraz zwiedzać wystawę w wiekowym zamku! Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie pialiśmy z zachwytów! Może i nieco poszaleliśmy, ale czasem warto sobie pozwolić na coś naprawdę fajnego! ;) |
 |
| Nasze hotelowe zachwyty nie trwały jednak długo, bo już po 16:00 musieliśmy się stawić przed... średniowieczną tawerną! Kilka tygodni przed wyjazdem zarezerwowaliśmy dwie atrakcje na sobotnie popołudnie, a pierwszą z nich był obiad w widocznej na zdjęciu knajpie "U Pavouka". Pewnie się zastanawiacie co to za obiad, jeśli trzeba rezerwować miejsce z takim wyprzedzeniem. Niech odpowiedzią będą dwa filmiki poniżej... |
 |
| Po przekroczeniu progów tawerny gospodarze prowadzili biesiadników na wcześniej już wyznaczone miejsca przy sześcioosobowych, karczemnych stołach. Po zapełnieniu dużej sali w podziemiach knajpy zadziała się prawdziwa magia. Pokazy tancerzy, kuglarzy i wojowników w knajpie rodem ze średniowiecznej Europy skutecznie zawładnęły trzema godzinami naszego pobytu w Pradze. Los tak chciał, że dzieliliśmy stół z dwójką uśmiechniętych i niesamowicie gadatliwych Szwedów oraz dwiema przyjaciółkami z północy Danii, które wybrały się na podróż po całej Europie. Mimo nieznacznej bariery językowej polsko-szwedzko-duńskie rozmowy i chichoty ciągnęły się przez cały nasz pobyt w knajpie. Nie mogliśmy nie uwiecznić tej zakręconej chwili wspólnym selfie! Jedzenie, w postaci gulaszu grzybowego, golonki i ciasta z jabłkami, ostatecznie zeszło na dalszy plan, ale chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego :) |
 |
| Po tej fantastycznej uczcie nadszedł czas na drugą z zaplanowanych na to popołudnie atrakcji. Po wyjściu z tawerny szybko przeteleportowaliśmy się nad brzeg Wełtawy, a jednocześnie nad miejsce startu prawie godzinnego rejsu. Pierwsze minuty nie napawały nas optymizmem ze względu na coraz mocniej padający deszczyk. Błyskawicznie przypomniała nam się ulewa z wycieczki do Budapesztu, która rozpętała się w trakcie analogicznej atrakcji na Dunaju i bezlitośnie przemoczyła nas do suchej nitki. Tym razem jednak, na całe szczęście, chmury dość szybko się rozpierzchły po całym nieboskłonie zupełnie tracąc na swojej groźności. |
 |
| Mogliśmy zatem kontynuować ten urokliwy rejs bez dyndającą nad głowami parasolką. Zanikające opady deszczu, rozstępujące się siwe kłęby chmur oraz kukające zza nich zachodzące słońce stworzyły, razem z różnorodną architekturą nadwełtawskiej Pragi, piękne przedstawienie. W pewnym momencie z głośników umieszczonych na barce popłynęły melodie najsłynniejszego czeskiego kompozytora, Bedricha Smetany, co ostatecznie wprawiło nas w niebiański nastrój. Jedną z takich magicznych chwil uwieczniłem na poniższym filmie... |
 |
| Nad Pragą rozbłysła nocna władza, ale samo miasto ani myślało o zapadnięciu w głębszy sen. Sami mieliśmy plany na tamten wieczór (o których już za chwilę), ale mimo to postanowiliśmy jeszcze nieco pomęczyć nogi. Wtedy też przypomnieliśmy sobie o jednej z pinezek na wirtualnej mapce do której jeszcze nie dotarliśmy. A nazywała się ona "Nase Maso". Oficjalnie: sklep mięsny, nieoficjalnie: miejsce serwujące hamburgery, ponoć najlepsze w całej Europie. Ile w tym prawdy? Musieliśmy się przekonać na własnych kubkach smakowych. Nietypowa bułka, bardziej przypominająca śniadaniową kajzerkę, gruby plaster bliżej nieokreślonego sera oraz porcja praktycznie surowej wołowiny. Brzmi i prezentuje się niezbyt zachęcająco? Może i tak... ale smak faktycznie wybitny. Krytycy chyba nie przesadzili z tym górnolotnym "naj"... |
 |
| A takiego hamburgera koniecznie trzeba było popić Kofolą z pobliskiego Tesco! Kultowy czeski napój, w skrócie taka cola z ziołowym posmakiem, na praskiej ulicy smakował wyjątkowo dobrze. A Tesco? Sklepy Tesco w Czechach mają się wciąż dobrze! Do teraz nie wiem i przeboleć nie mogę czemu wycofano je z Polski. W dzieciństwie wyjazd do Tesco, i to jeszcze takiego w Krakowie, równał się z wszystkim, co najlepsze... |
 |
| Wieczorny spacer zakończyliśmy na Rynku Staromiejskim, pod wspaniale oświetlonym Kościołem Marii Panny przed Tynem. Kilka minut po 21:00 zdecydowanym krokiem ruszyliśmy w kierunku hotelu. Dlaczego? |
 |
| Wycieczka do Pragi zbiegła się idealnie z finałem 70. Konkursu Piosenki Eurowizji, którego, jako zagorzały fan tego wydarzenia, nie mogłem przegapić! Ostatnie godziny soboty, ale też i pierwsze niedzieli minęły zatem na śledzeniu występów, wyników, ale przede wszystkim na kibicowaniu polskiej reprezentantce, Alicji Szemplińskiej. Pierwsze dwunastki dla Polski od 2003 roku, siódme miejsce w głosowaniu jury, a ostatecznie dwunaste dostarczyły tylu emocji, że sen nie wtrącał się zbytnio w już i tak rozregulowany podróżą zegar biologiczny... |
 |
| Księżyc i jego ciemności szybko przetoczyły się nad praskim niebem, a sen, brutalnie przerwany dźwiękami budzika o 6:30, zdawał się trwać sekundę. Po dwóch słabo przespanych nocach człowiek czuł się jak w innej rzeczywistości, ale dla takiego wyjazdu i tylu niecodziennych wrażeń warto się poświęcić. Dosłownie kilka minut po pobudce ruszyliśmy w kierunku hotelowej jadalni na parterze. Szwedzki stół, ciągnący się wężykiem jakieś kilkanaście metrów, był w stanie spełnić każdą zachciankę głodnego turysty. Jedną ze śniadaniowych rewelacji stało się stanowisko, na którym jedna z tamtejszych kucharek non stop wypiekała cieniutkie, pachnące masłem naleśniki. Ślinka cieknie na samą myśl! |
 |
Niedzielny harmonogram praktycznie nie istniał w naszych głowach. Założenie mieliśmy jedno: wcześnie wstać, zjeść pożywne śniadanie i po prostu ruszyć przed siebie. Wiedzieliśmy, że po sobotnich harcach i hulankach unikniemy tłumów, i w spokoju będziemy mogli wrócić w miejsca, które poprzedniego dnia w nich dosłownie tonęły. I na szczęście nie myliliśmy się!
Rynek Staromiejski z górującą świątynią Marii Panny przed Tynem był oczywiście jednym z celów tej porannej przechadzki. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na wybicie pełnej godziny, by przy południowej ścianie pobliskiego Ratusza śledzić poczynania zegara astronomicznego z 1410 roku. I szczerze? Trwająca około minutę animacja nie powaliła nas na łopatki. Z niemałym rozczarowaniem ruszyliśmy więc dalej... |
 |
| Kolejne minuty zaprowadziły nas pod kolejną kontrowersyjną rzeźbę Davida Cernego (tak, tego od sikających panów), o nazwie "Wisielec". Instalacja przedstawia pochodzącego z terenu dzisiejszych Czech Zygmunta Freuda. Wiernie odwzorowana podobizna wybitnego naukowca i twórcy psychoanalizy trzyma się za wszelką cenę belki zawieszonej kilka metrów ponad jedną z bardziej ruchliwych uliczek w centrum Pragi. Tytułowy wisielec symbolizować ma zawieszenie pomiędzy życiem a śmiercią, między chaosem a porządkiem świata. Wspaniałomyślny wyraz artystyczny? A może przesadna chęć wywołania taniej sensacji? Mniej spostrzegawczy turyści czasem dzwonią na numery alarmowe w sprawie tego jegomościa... |
 |
W pewnym momencie dotarliśmy także do Biblioteki Miejskiej, której mury kryją pewną wyjątkową konstrukcję. Ponad pięciometrowa wieża zbudowana z aż 8000 książek okazuje się być jedną z bardziej obleganych atrakcji czeskiej stolicy. Niewielki, wrzecionowaty otwór oraz dwa lustra przytwierdzone odpowiednio do sufitu oraz dna tworzą niepowtarzalną iluzję, której efekty dobrze pokazuje powyższe zdjęcie. Skorzystanie z atrakcji jest darmowe, trzeba jednak przygotować się na długie kolejki przed gmachem biblioteki (my, przy tej porannej pustce, czekaliśmy i tak z pół godziny!)...
|
 |
| Jeszcze jedna instalacja autorstwa Davida Cernego? Jak najbardziej! Ogromna, kręcąca się głowa Franza Kafki, o którym wspominałem już przy okazji wizyty na Złotej Uliczce, o każdej pełnej godzinie odgrywa 15 minut pokazu przyprawiającego o zawrót głowy (dosłownie i w przenośni). Nie jestem jakimś wielkim fanem nowoczesnej sztuki, ale te kręciołki posrebrzanych, doskonale odbijających światło krążków miały w sobie coś hipnotyzującego... |
 |
| Spokojnym tempem, bez zbędnej materii ludzkiego tłumu, zahaczaliśmy o kolejne perełki praskiego centrum. I tak jedna za drugą prowadziły nas ku tej najważniejszej, czyli Mostowi Karola. Ta najsławniejsza przeprawa nad Wełtawą mierzy sobie 516 metrów długości i do dziś pełni rolę głównej atrakcji miasta. Swoje imię zawdzięcza cesarzowi, Karolowi IV Luksemburskiemu, który w drugiej połowie XIV wieku zapoczątkował budowę tego przełomowego w czeskich dziejach mostu. |
 |
| Ludzi można było policzyć na palcach jednej ręki, cały Most Karola był prawie tylko dla nas... Przy okazji nie mogę pominąć faktu, że niedzielna pogoda okazała się znacznie łaskawsza i znacznie przyjemniejsza od swojej sobotniej poprzedniczki. W takich sprzyjających okolicznościach nie pozostało nam nic innego jak chwytać każdy moment i czerpać z niego to, co najlepsze. Zapewne nie zdziwicie się, jeśli powiem że galeria zdjęć rosła wtedy jak na drożdżach :) |
 |
Ta dość oczekiwana, ale i tak zaskakująca swą dobrotliwością zmiana pogody pozmieniała nieco nasze dalsze niedzielne plany. Pierwotnie zakładaliśmy mini-wycieczkę poza ścisłe centrum miasta, a konkretniej na Wyszehrad, ale tak nam się spodobała ta poranna włóczęga bez konkretniejszego celu, że ostatecznie odpuściliśmy i pozostaliśmy w zawieszeniu między Starym Miastem, Małą Straną a Hradczanami.
Architektura małostrańskiego Kościoła św. Mikołaja zachwyciła mnie już w 2017 roku, podczas licealnej wycieczki do Pragi. Teraz, z większym spokojem i brakiem narzucania rytmu przez przewodnika, mogłem jeszcze uważniej odkryć ten mój całkowicie subiektywny zachwyt nad tą świątynią. Na tle jasnych kamienic wypada obłędnie! |
 |
| Błękit nieba płynący nad niedzielnym praskim gwarem znacznie podniósł podróżniczą poprzeczkę. Panorama z dnia poprzedniego, umorusana szczelnie zabudowanym szarościami nieboskłonem, przestała zaspakajać nasze oczekiwania, więc bez dłuższych negocjacji postanowiliśmy wdrapać się tam po raz drugi. Czy było warto? Jak najbardziej! Niebiańskie kształty potrafią wyczarować cuda... |
 |
| Z Hradczan rozciąga się widok na Małą Stranę, Stare Miasto i dalej otwiera się w kierunku wschodnich dzielnic miasta. Wytrwalsi dostrzegą na horyzoncie wspomniany chwilkę temu Wyszehrad, czy jakże fikuśnie wyglądający wieżowiec, V-Tower. |
 |
Doba hotelowa trwała do godziny 12:00, więc po tym dłuższym spacerze wróciliśmy do Zlata Husa, by się wymeldować. Plecaki udało się pozostawić w tamtejszym luku bagażowym, dzięki czemu ostatnie godziny naszego pobytu w Pradze spędziliśmy bez zbędnego obciążenia starych, bo prawie 30-letnich kręgosłupów! Oczywiście się teraz śmieję, ale szczerze to takie przechowalnie bywają bezcenne!
Po opuszczeniu murów hotelu kontynuowaliśmy bezcelową włóczęgę. W pewnym momencie zdecydowaliśmy się nawet zignorować aplikacje z mapami w telefonie i ponieść się intuicji. Jak widzicie, tak też można znaleźć się jakby w innym świecie. Ach, jak ja kocham takie zaułki! Słońce bezwstydnie tańczące z cieniami i jasnymi fasadami zabytkowych kamieniczek potrafi namalować w polu widzenia prawdziwe arcydzieło. |
 |
Czas płynął szybko, a godzinowa wskazówka zegara bez żadnych skrupułów doganiała przestrzeń między piątką a szóstką, która znaczyła moment odjazdu pociągu do Krakowa. Na obiad wybraliśmy się do Havelskiej Koruny, kultowej knajpy, coś na kształt baru mlecznego, serwującej dania kuchni czeskiej. Jedzenie stanowi nieodłączną część danej kultury, a odkrywanie lokalnych smaków i kulinarnych upodobań zawsze brzmi jak plan doskonały. Z uwagi na dość wysoką temperaturę panującą wówczas w Pradze nie zdecydowaliśmy się na słone, cięższe pozycje. Postawiliśmy na słodkie knedliki z malinami i sosem waniliowym, który okazał się czymś na kształt nieco rzadszego w konsystencji budyniu. Zamówienia składaliśmy przy jednej z dwóch lad z użyciem widocznego w tle prostokątnego świstka papieru. Sprzedawczyni pisała na nim jakieś tajemnicze cyferki, by później, przed samym wyjściem z lokalu, kartka posłużyła jako rachunek. Nie powiem, fajne rozwiązanie, szkoda tylko że nie mogliśmy tych karteczek zabrać ze sobą na pamiątkę.
P.S. Knedliki były przepyszne! |
 |
Po spałaszowaniu knedlików mieliśmy jeszcze odrobinę czasu na pożegnanie się z Pragą. Ostatnie zdjęcia, ostatnie spojrzenia i... w drogę powrotną! Pociąg z Pragi do Krakowa Głównego ruszył punktualnie, a ja, siedząc tym razem przy oknie, wpatrywałem się w różnorodne, miejsko-wiejskie obrazy czeskiej codzienności. W pewnym momencie, jako ostatnie osłodzenie naszej podróży, kupiliśmy sobie z kolejowego asortymentu po jednym pudełeczku najtańszego sushi. Było tanio? Było tanio. Było smacznie? Było tanio. Ale i tak nie biadoliliśmy nad tym przeschniętym jak piaski Sahary nori...
Około pierwszej w nocy dotarliśmy do Krakowa. Potwornie zmęczeni, ale zadowoleni. Dla takich chwil naprawdę warto żyć! |
Nawiązując do wstępu, to przyznam się bez bicia, że ten wpis kleciłem jakieś dwa tygodnie! No ale cóż, jak się rozpiszę to nie ma zmiłuj! Miliard rzeczy dookoła mąci głowę, więc tym bardziej cieszę się, że w końcu dotarłem do finału całej opowieści. Jeśli ktokolwiek też tu dotarł, to bardzo dziękuję za poświęcony czas. A kiedy znów wybiorę się poza granice Polski? Czas pokaże...
Pozdrawiam Was serdecznie i do napisania! :)
Komentarze
Prześlij komentarz
Bardzo dziękuję za każdy pozostawiony komentarz!