Spójrz w niebo!
Witam!
Witam się z Wami po kolejnej dłuższej przerwie... Ja nie wiem jak to jest, ale z każdym kolejnym rokiem ubywa miejsca w dobie, a spięcie wszystkich obowiązków i przyjemności coraz bardziej przypomina herkulesowe prace. Wiosenno-letnie piękności zawsze przynoszą ogrom materiału do klecenia nowych blogowych opowieści, ale co z tego, gdy w szalenie pędzących wskazówkach zegara nie idzie znaleźć ani grama łaskawości. Z drugiej strony też nie lubię, gdy wysłany w eter wpis nie jest dopracowany, a ja nie zamknę całości w ponadprogramowej ilości słów. Bylejakość niezwykle rzadko zdaje u mnie egzamin, a do jej zniwelowania nie starczy zwykła chwila pomiędzy jednym a drugim zadaniem codzienności. Mam nadzieję, że w najbliższych trzech wpisach w pełni zobrazuję swoją dwudziestą szóstą wiosnę. Pewnie nie obędzie się bez absolutnego miszmaszu oraz chaotycznych skoków po przeszłych planszach, ale w końcu taki to świat z mojej perspektywy ;)
Tym razem chcę się podzielić z Wami pewnym przesłaniem, które, mam wrażenie, tegoroczna wiosna wykrzykiwała, i wciąż wykrzykuje, w moją stronę dziesiątki, jak nie setki razy.
Spójrz w niebo! Unieś głowę ku górze i dostrzeż to, co na co dzień niewidoczne dla oczu!
Jak dobrze wiecie, hasło carpe diem nie jest mi obce. Staram się, aby w tym ciągłym zabieganiu znaleźć choćby sekundkę na zauważanie niezauważalnego i podziwianie niepodziwianego. A niebo, i wszystko to co trwa ponad nami, niewątpliwie do tej nagminnie ignorowanej sfery ludzkiego otoczenia należy.
![]() |
| A cóż to na tym niebie się pojawiło? |
Powyższe dwa zdania najdonioślej zabrzmiały w pewne kwietniowe, niedzielne popołudnie. Poobiednia pora i coraz śmielej pokazująca się wiosenna aura wręcz prosiły się o zaparzenie filiżanki ulubionej kawy, i powędrowanie prosto do pstrzącego się soczystymi zieleniami ogrodu. Nie zamierzałem oczywiście protestować i już kilka minut później delektowałem się cudami przyrodniczego renesansu. Ustawiłem się nieopodal skalniaka, który dzięki rodzinie jaszczurek zwinek tętnił wówczas życiem od samego poranka do wczesnych godzin wieczornych. Wodzenie wzrokiem za malachitowymi, gadzimi gardziołkami, nieustannie mknącymi między kamieniami i pędami niziutkiej hortensji, okazało się nie lada wyzwaniem dla pary przebodźcowanych oczu, więc w pewnym momencie, w ramach chwilowego ukojenia, spojrzałem w niebo... Unosząc głowę niemal od razu dostrzegłem biały łuk, który nie przypominał niczego, co do tej pory obserwowałem na szerokim nieboskłonie. Ślad po lecącym samolocie? Nie, zbyt "idealny", niczym nierozproszony kształt. Halo? Też nie, bo słońce znajdowało się po zupełnie innej stronie całego widowiska. Zacząłem więc czym prędzej szukać odpowiedzi w internecie, ale jak to w wirtualnej encyklopedii bywa, nie znalazłem w niej żadnych konkretów. Wszystko jednak zmieniło się kilka minut później, gdy do ów łuku dołączyły inne "esy-floresy"...
![]() |
| Nie spodziewałem się takiego widowiska na wiosennym niebie! Życie potrafi jednak zaskakiwać... |
Pierwszy raz obserwowałem takie wspaniałości! Niebiański spektakl trwał zaledwie kilkanaście minut, a ja tylko biegałem z jednego miejsca w drugie, by jak najlepiej go uwiecznić. Poczułem się jak prawdziwy szczęściarz, który znalazł się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie. Halo 22-stopniowe, fragment halo opisanego, dwa parhelia (słońca poboczne) i krąg parheliczny, czyli inicjator całej tej historii... w skrócie, wszystkie te zjawiska optyczne powstają w wyniku załamania promieni słonecznych w kryształkach lodu zawieszonych w chmurach piętra wysokiego. Najczęściej można dostrzec pierwsze z opisanych zjawisk, które dość często, ale i samotnie towarzyszy słonecznej wędrówce. Odpowiednia wysokość słońca nad horyzontem oraz ułożenie ów kryształków lodu mogą, jak w tym przypadku, zdziałać prawdziwe cuda, a z ludzkiego serca wydobyć szczere zainteresowanie oraz idący w parze zachwyt. Kolejna chwila, która pozostanie ze mną na naprawdę długi czas...
Spoglądanie w niebo pozwala także przypomnieć sobie o nieco bardziej przyziemnych elementach naszego otoczenia. Wiosenne spacery po wsi nie mogą się odbyć bez podpatrywania bocianich gniazd i wszelkich perypetii z nimi związanych. Czym by była wieś bez tych biało-czerwonych istnień? Czym by była wieś bez tego zawieszonego ponad głowami radosnego klekotu? Nawet nie próbuję sobie wyobrażać... Wciąż trwająca ludzko-bociania symbioza przypomina mi o najpiękniejszych latach dziecięcej sielanki, ale i daje nadzieję, że mimo tak gwałtownie zmieniającego się świata pewne rzeczy, wartości i przeszłe upodobania pozostają ponadczasowe, pozostają niezmienne.
Sferą nieba dzielnie rządzą nasi skrzydlaci bracia. Ptasie trele, jakże często przez nas ignorowane i niesłusznie wkładane do jednego wspólnego worka, mogą być zaczątkiem kolejnego wspomnienia, które w nieskończoność będzie gdzieś krążyć między szarymi komórkami. Podczas jednej z przechadzek po okolicznych polach moje uszy wyłapały urokliwy, ale chyba dotychczas nieznany śpiew. Regularne, kilkusekundowe świergotania dość szybko mnie zaaferowały i czym prędzej zacząłem szukać ich źródła. Na szczęście ów poszukiwania nie trwały zbyt długo, bo po niecałej minucie wzrok utkwił na niewysokiej, dzikiej jabłonce zdobiącej ścieżkę do zbiorników wodnych. Na jednej z pokrytych różowawymi kwiatami gałązek swój koncert rozgrywał potrzeszcz. Bingo! To właśnie ten niewielki ptaszek okazał się sprawcą całego miłego zamieszania. Potrzeszcze znałem do tej pory z licznych książek, które po dziś dzień obsadzają jedną z półek w biblioteczce. Na żywo, świadomie, było to nasze pierwsze spotkanie. Kameralnie, z klasą i nawet wzruszająco... potrzeszczowi zbytnio nie przeszkadzała moja obecność z czego bezwstydnie korzystałem. Kilka kadrów i treli dalej śpiewak odleciał w kierunku kwitnących tarnin, które przy okazji zachodu słońca fotografowałem z pięć minut wcześniej. Tutaj spoglądanie w niebo także nie zawiodło...
![]() |
| Ja tam nie mam wielkich wymagań... spacer, pola, takie obrazki i jestem w siódmym raju! |
A czy można spoglądać w niebo bez unoszenia głowy? Jak najbardziej! Wolnostojące wody są najdoskonalszym zwierciadłem dla tulącej jej brzegi natury. Tegoroczna wiosna przypomniała mi o pewnej przyrodniczej perełce, a mianowicie o Czarnym Stawie kryjącym się niemal w sercu Puszczy Niepołomickiej. Do tej pory zawitałem tam tylko raz, w pandemicznym roku podczas jednej z wycieczek rowerowych, o czym zresztą wspominałem na blogowych półkach. Po sześciu latach udało mi się powrócić w tamto czarujące miejsce, a to wszystko dzięki dość przypadkowemu odkryciu niewielkiego parkingu samochodowego na skraju lasu. Parking i staw dzielą około 4 kilometry, więc poza przyjemnymi puszczańskimi widokami mam zapewniony porządny spacer, a co za tym idzie aktywnie spędzone popołudnie.
Zbiornik wodny swoją nazwę zawdzięcza charakterystycznemu kolorowi tafli, powstałemu dzięki obecności rozległego, torfowego podłoża. Staw stanowi pozostałość po wydobywaniu w tamtych rejonach torfu. Po wyczerpaniu znacznych ilości surowca nieckę zalano i pozostawiono w rękach opiekuńczej Matki Natury. W tamtejszym lustrze nieustannie przeglądają się okoliczne brzozy, sosny, kępy wełnianek pochwowatych, bagna zwyczajnego, a przede wszystkim bezkresny nieboskłon. Staw okalają liczne leśne ścieżynki oraz borówczyska, a całość obrazu pozwala na moment pomylić Małopolskę ze ścisłym centrum mazurskiej Krainy Tysiąca Jezior.
Spoglądać w niebo, jak już w tym wpisie pokazałem, można na naprawdę wiele sposobów. Ale co zrobić, by zobaczyć je dokładniej, by spróbować dostrzec jego wszystkie detale? Wystarczy zajrzeć do mapy, odnaleźć swój ulubiony szlak w Beskidzie Wyspowym i z jego pomocą solidnie nabrać wysokości. Na górskie wędrówki, z powodu pracy i wielu innych obowiązków obok, mam w tym sezonie zdecydowanie mniej czasu, ale to nie znaczy, że nie wracam ku ukochanym wyspom. Po prawie dwóch latach powróciłem w miejsce, które podczas zdobywania Korony Beskidu Wyspowego zachwyciło mnie najbardziej, na Polanę Łąki. Równo tysiąc metrów nad poziomem morza przyroda postanowiła stworzyć dzieło perfekcyjne. Szeroka panorama w kierunku północno-zachodnich rubieży pasma, Beskidu Makowskiego, czy Babiej Góry prezentuje się jak obrazek nie z tego świata. Każdy leśny kolor, każda chmurka i każdy odcień niebiańskiego lazuru współgrają tam jak nigdzie indziej. W tak nienagannie przystrojone niebo mógłbym patrzeć bez końca!
Ach, i ja się potem dziwię, że mi brakuje czasu na blogosferę... Kilka myśli, kilka wrażeń, a powstaje wielka epopeja i mija cały dzień na pisanie! Być może ktoś z Was dotarł do tego miejsca, za co serdecznie dziękuję. Tworzenie tego wpisu w majowym ogrodzie dostarczyło mi jeszcze jednego powodu dlaczego warto spoglądać w niebo. Szerokie, dopiero co zazielenione jesionowe korony są idealną przestrzenią na prowadzenie gwarnego życia przez kosy, sierpówki, drozdy, zaganiacze, pokrzewki, sójki i wiewiórki (tylu gagatków wyłapałem pisząc tę blogową historyjkę). Nie ma tam miejsca na ciszę i święty spokój, ale czy to istotne? Dźwięki tej błogiej wrzawy mogę chłonąć bez końca...
![]() |
| Zaganiaczy w swoim ogrodzie nie widziałem co najmniej z 10 lat, więc mimo niewyraźnego zdjęcia jeden z nich trafia na zasłużone, blogowe miejsce! |
Spojrzeć w niebo też trzeba czasem umieć... Niby trzy niepozorne sosny, a odpowiednie ujęcie potrafi zdziałać cuda. Tak to też bywa w życiu, że wszystko zależy od punktu siedzenia.
I tak Was pozostawiam, w tym skrzętnym chaosie i pięknym nieładzie...
Pozdrawiam serdecznie i do napisania (jak najprędzej)! :)

.png)










Komentarze
Prześlij komentarz
Bardzo dziękuję za każdy pozostawiony komentarz!