środa, 7 marca 2018

Pięć lat minęło jak jeden dzień...

Dobry wieczór!
Dzisiaj mija już pięć lat od momentu, kiedy na to na tym blogu pojawił się pierwszy post. Dla kogoś piąta rocznica nie jest jakimś bardzo szczególnym osiągnięciem, dla kogoś innego może być, ale dla twórcy, dla tego kto podarował tu namiastkę siebie i swojego życia, czyli dla mnie, tyle lat działania bloga, prawie że nieustannego, jest czymś ważnym, a zarazem pięknym.
W szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy zakładałem ten blog, nigdy bym nie pomyślał, że będąc w gimnazjum, w liceum, będę nadal tutaj aktywny i będę dzielił się z Wami tym, co w życiu ciekawe oraz miłe dla oka. Wierzę, że to pięciolecie to dopiero początek, że mimo nauki, wielu różnych innych obowiązków, będę tutaj zaglądać i publikować posty, tylko wtedy gdy czas, wena i siły pozwolą.
Blog to nie tylko posty, ale także i społeczność - wszystkich tych, którzy tutaj zaglądają, czytają to co chcę powiedzieć oraz dzielą się ze mną swoimi opiniami oraz wrażeniami - i to w tym wszystkim jest najpiękniejsze - blog, coś wirtualnego, co potrafi łączyć innych twórców, a także obserwatorów. Każdemu z osobna pragnę właśnie podziękować za to, bo bez odbiorców i czytelników, nawet najbardziej kolorowy i pomysłowy blog staje się bezsensem.

Jako że bardzo lubię wszelkiego rodzaju statystyki, to pozwolę sobie odnotować sobie najważniejsze liczby oraz ciekawostki tych ostatnich pięciu lat:
  • prawie 62000 wizyt na blogu, co dla mnie jest osobiście niesamowitym wyczynem;
  • najwięcej czytelników pochodzi oczywiście z Polski, a dalej: ze Stanów Zjednoczonych, Rosji, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz Tajlandii;
  • bloga odwiedzały również osoby z takich państw jak np. Wietnam, Chile, Martynika, Singapur, Kolumbia, czy Zambia (egzotyczność zawsze w cenie 😄);
  • 115 stałych obserwatorów, z czego jestem również bardzo, ale to bardzo zadowolony;
  • 2162 komentarzy pod wszystkimi postami, których stworzyłem 156 (ten ma numer 157).
Te statystyki są również dzięki Wam, więc jeszcze raz bardzo, ale to bardzo dziękuję!

Niestety w tym roku ze względu na brak czasu nie udało mi się zorganizować żadnego konkursu ani candy, aczkolwiek planuję to zmienić w okolicach wakacji, więc bądźcie czujni! 😉

Na blogu podejmuję różne tematy, ale główny prym wiodą zdecydowanie podróże, czyli największa miłość mojego życia. Tak więc z okazji jubileuszu zapraszam na krótki spacer po moich ulubionych zakątkach świata.

Praga (Mała Strana)

Kraków

Planty zimą są najpiękniejsze

 
Tatry

Ukochany Londyn

Gdańsk
 
 
Wrocław ♥





Jeszcze raz dziękuję Wam za te pięć lat i życzę sobie i Wam kolejnych pięciu, dziesięciu, stu lat! :)

P.S. Zapraszam do głosowania w plebiscycie "Podróż Roku 2017" - sonda znajduje się w prawym pasku bocznym bloga - liczę na Was, bo im więcej głosów, tym wynik bardziej sprawiedliwy i zasłużony.

Do zobaczenia następnym razem!

sobota, 24 lutego 2018

Lutowa sinusoida

Witam!
W polskiej tradycji marzec jest porównywany do garnca, bo potrafi być tak zmienny pogodowo. Jednak dzisiejszy dzień, przynajmniej w moim odczuciu, był jeszcze bardziej fikuśny i zamieszany niż niejeden marcowy. Rano przed ósmą pochmurno, ale sucho, bez żadnych opadów, około ósmej rozpętała się ogromna śnieżyca i w mig cały ogród pokrył się śniegiem. Godzinę później rozchmurzyło się i gdyby nigdy nic, zaświeciło ostre, zimowe słońce. Od tej pory, co godzinę na zmianę: słońce i śnieżyca, słońce i śnieżyca... Po południu zaś obie skrajności się połączyły i do tego momentu na błękitnym tle pada drobny, choć dość gęsty śnieżek.





Ta lutowa sinusoida nie panuje wyłącznie za oknem, bo u mnie ostatnio też takowa sobie powolutku płynie. Jutro kończą się ferie zimowe, od poniedziałku zacznie się ponownie całodzienny tryb szkolny przepełniony sprawdzianami, kartkówkami i odpowiedziami. Jednak mimo ferii, nawet w tym czasie nie udało się uciec od nauki, a to głównie za sprawą drugiego etapu olimpiady z języka polskiego, który pisałem w ubiegłą sobotę. Od 9 do 16 każdy uczestnik miał dwa zadania do wykonania: pierwszym było napisanie wypracowania, rozprawki lub interpretacji, na jeden z ośmiu podanych tematów (cztery tematy dotyczyły rozprawki, cztery kolejne interpretacji, ale tylko jeden temat do wybrania), co trwało 4 godziny, zaś później po małej przerwie, wróciliśmy na szkolną aulę by napisać półtoragodzinny test gramatyczny.
Po wyczytaniu wszystkich ośmiu tematów od razu sobie pomyślałem, że napiszę rozprawkę o motywie utraconego raju w literaturze. Według mnie ten temat można było rozwinąć na wiele różnych sposobów, a zarazem pokazać zupełnie inny wymiar tytułowego 'raju' - nie tylko jako fizycznego miejsca, ale także wartości. Praca powstawała trzy godziny i zatrzymała się w ostatnich linijkach piątej strony.
Test gramatyczny sam w sobie był dość prosty, ale lepiej niczego nie zapeszać, wyniki są przewidziane na najbliższą środę i dopiero wtedy się przekonamy jak poszło.
Jeśli udałoby mi się przejść dalej, to 10 marca odbędzie się druga część drugiego etapu, w którym broni się pracy olimpijskiej z pierwszego etapu. Zaliczenie obrony skutkowałoby tytułem finalisty i 100% na maturze z języka polskiego, co na pewno pozwoliłoby skupić się bardziej na rozszerzeniach. Jednakże są to tak dalekosiężne plany i cele, że w tej chwili staram się myśleć co najwyżej o środowych wynikach i trzymać kciuki, a nuż się uda.

Ta końcówka lutego powoli daje o sobie znać - śnieżyce, prawie cały czas szaro, mglisto, ponuro, a do tego wielki mróz... Aż wracam pamięcią do czasów, gdy zimę można było nazwać zimą i właśnie taka pogoda towarzyszyła nie tylko przez jeden tydzień, ale przez kilka dobrych miesięcy (no powiedzmy, że słońca było o wiele więcej niż teraz). Gdy nadchodziły ferie, a śniegu leżało na pół metra, razem z moją koleżanką z sąsiedztwa braliśmy sanki, plastikowe narty i potrafiliśmy zjeżdżać z niewielkiej górki nieopodal mojego domu od rana do wieczora. To były czasy...

Ostatnio przeglądałem folder z wierszami i zauważyłem taki jeden, którego na blogu jeszcze nie publikowałem, a że dość dobrze się wplata w klimat dzisiejszego posta, to na sam koniec przedstawiam Wam wiersz "Sama" powstały w tamte wakacje o czwartej nad ranem (więcej TUTAJ):






P.S. Zapraszam do głosowania w plebiscycie "Podróż Roku 2017" - sonda na prawym pasku bocznym. ;)

Pozdrawiam i do zobaczenia! :)

czwartek, 15 lutego 2018

Podróże #37: Bazylea i Illzach (Europejskie Spotkanie Młodych Taize)

Witam wszystkich!
W końcu nadeszły jakże upragnione przez wszystkich ferie zimowe, dlatego też mogłem znaleźć chwilkę czasu, aby poopowiadać, co się podziało przez ostatnie 2 miesiące.
Post głównie poświęcę pielgrzymce do Bazylei, ale słowo wspomnę o moich zmaganiach w olimpiadzie z języka polskiego o której pisałem w ostatnim poście. Praca z pierwszego etapu, oceniona na 80%, pozwoliła mi awansować do kolejnej części konkursu. Już w tę sobotę czeka mnie około 7 niezwykle ciężkich godzin, w trakcie których będę musiał napisać wypracowanie (temat poznam dopiero na samym konkursie) oraz test gramatyczny. Trzymajcie kciuki!

Zapewne pamiętacie, jak w ostatnim poście pisałem również, że pod koniec grudnia wezmę udział w 40. Europejskim Spotkaniu Młodych Taize w Bazylei. Dzisiaj więc zabiorę Was na krótki spacer po tym pięknym szwajcarskim mieście, opowiem przy okazji, jak wyglądała ta cała impreza, a także pokażę niewielkie, francuskie miasteczko - Illzach, w którym moja grupa miała nocleg.

Na wyjazd pojechałem z grupą z krakowskiego kościoła Karmelitów. Do Bazylei wyjechaliśmy 27 grudnia o 14:00 po mszy świętej. Jechaliśmy 18 godzin, po drodze mijając Katowice, Opole, Wrocław, Drezno, Norymbergę oraz Karlsruhe.

Pierwszym punktem naszego pobytu w Bazylei była rejestracja w St. Jakobshalle, a zaraz po niej, cała nasza grupa otrzymała garść szczegółowych informacji od polskich wolontariuszy, którzy dodatkowo mieli za zadanie przydzielić nas do parafii, w których będziemy mieli nocleg. Bazylea leży na styku trzech państw, tj. Niemiec, Francji i Szwajcarii oczywiście, dlatego też istniało po 33% szans, że zostaniemy przydzieleni do jednego z tych krajów. Ja prosiłem tylko o to, abyśmy wylądowali we Francji, ponieważ Szwajcaria nie należy do UE więc opłaty komórkowe są o wiele, wiele wyższe, a za Niemcami nie przepadam. 😄😄





Udało się! Nasza 25-osobowa grupa została podzielona na 3 mniejsze i każda z nich powędrowała do innego państwa. Moją grupkę przydzielono do parafii w Illzach niedaleko Mulhouse (Miluzy) we francuskiej Alzacji. Z walizkami, plecakami musieliśmy dotrzeć do tamtego miejsca, co nas kosztowało około 2 godziny i 4 przesiadki (2 razy autobusem, raz tramwajem, a raz pociągiem), ale ile było przy tym frajdy, a zarazem pomocy i wsparcia!
W kościele św. Bernarda w Illzach otrzymaliśmy niewielki poczęstunek (herbata, croissant oraz różnego rodzaju ciasta), a zaraz po nim dostaliśmy konkretne informacje, gdzie i u kogo będziemy mieć nocleg.

Po dotarciu do domów gospodarzy, chwilowym zapoznaniu się z nimi i krótkiej regeneracji, jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy z powrotem do Bazylei, gdzie otrzymaliśmy prowiant, a po zjedzeniu go na płycie parkingu samochodowego, weszliśmy do St. Jakobsarena na wieczorną modlitwę i śpiewanie kanonów.
Z kolacjami w Bazylei była dość ciekawa sprawa. Co wieczór dostawaliśmy bułkę, jakieś masło, serki, jabłko, tradycyjnie jak na Taize mandarynki, wodę oraz ciepłą zupę - co dzień inna (raz z soczewicą, raz minestrone, raz warzywna z ryżem), ale jak bardzo rekompensowała to zimno zewsząd bijące. Zwłaszcza, że jak pisałem wyżej, miejscem konsumpcji była płyta pobliskiego parkingu samochodowego; bez ciepłych kurtek i karimat naprawdę łatwo o chorobę.







Kolejne 2 dni wyglądały bardzo podobnie: rano śniadanie u gospodarzy, następnie poranna modlitwa w pobliskim kościele w Illzach połączona z rozmowami o Biblii po angielsku, po niej transport do Bazylei, w której najpierw zwiedzaliśmy samo miasto, a później jechaliśmy do St. Jakobsarena na wieczorną modlitwę i około 21 ruszaliśmy pociągiem z powrotem do Illzach.
Miasto-gospodarz spotkania okazało się być bardzo przyjemnym i pięknym miejscem.


W Nowy Rok z gęb bazyliszków wypływa szampan

Bazylejska katedra (protestancka)

Kolejka po herbatę na placu przy katedrze

Widoki na Ren i Małą Bazyleę








Mnie najbardziej urzekły te drewniane okiennice, cudo!


Kościół przekształcony w Muzeum Historyczne; w Szwajcarii niestety taki los dotyka coraz więcej kościołów



Dworzec Główny
W Sylwestra, po powrocie z Bazylei udaliśmy się do kościoła w Illzach, w którym przywitaliśmy nowy rok. Wydarzeniu temu towarzyszył pokaz fajerwerków oraz bijące zewsząd ciepło człowieka; każdy każdemu składał sobie życzenia noworoczne, chociaż tak naprawdę nikt się ze sobą nie znał, czuć było radosną atmosferę i poczucie szczęścia oraz bezpieczeństwa, że można znaleźć taki niewielki skraweczek świata, na którym króluje miłość i pozytywna energia - to było ważne dla wszystkich, zarówno dla pielgrzymów, jak i mieszkańców Illzach. W mojej parafii oprócz Polaków gościli Litwini, Ukraińcy, Białorusini, Czesi, Niemcy, Austriacy, Włosi, no i oczywiście Francuzi, ci miejscowi, jak i ci z innych zakątków kraju.
Po chwili, w kościele rozpoczęło się święto Narodów, w trakcie którego każda goszcząca grupa z danego państwa przedstawiała innym coś związanego z ich ojczyzną. Mieliśmy okazję zatańczyć mazurka, pośpiewać kolęd w rozmaitych językach, ale głównie poznać inne kultury, inne spojrzenie na świat...
Około 1:30 powędrowaliśmy wszyscy do domu parafialnego, gdzie otrzymaliśmy poczęstunek od naszych francuskich przyjaciół - ciasta, sałatki, zupy, rozmaite wypieki, a wszystko było przepyszne!

Kościół w Illzach od zewnątrz...

... i od wewnątrz!






W Nowy Rok udaliśmy się na poranną Mszę Świętą do pobliskiego kościoła, po której nastąpiło pożegnanie grupy pielgrzymów przez parafian - nie obyło się bez ciepłych pożegnań, wymieniania kontaktów zarówno z innymi grupami, jak i z samymi miejscowymi, a także bez wspólnego zaśpiewania kilku piosenek na dobrą drogę powrotną.
Te chwile, ale też momenty, gdy szliśmy do kościoła, czy jechaliśmy autobusem z Miluzy dały też możliwość zauważenia piękna tych francuskich miast.

Dworzec w Basel

Przystań w Miluzie



Illzach... i znów te cudne okiennice ♥

Zbór protestancki w Illzach

Taka sielanka, jak u Kochanowskiego! Cudnie!


Zaraz po tym udaliśmy się do naszych rodzin, u których zjedliśmy noworoczny obiad, obdarowaliśmy się prezentami i pożegnaliśmy się, wierząc, że 'do zobaczenia!' kiedyś jeszcze nadejdzie.
O 16, z lotniska w St. Louis odjechał autobus powrotny do krakowskiego kościoła Karmelitów, do którego zajechaliśmy 15 godzin później.

Podczas wieczornej modlitwy w dzień przed Sylwestrem, jeden z braci Taize, Alois, ogłosił, że następne spotkanie odbędzie się w Madrycie! Nie mogę się doczekać!
Ten wyjazd pozwolił mi zbliżyć się jeszcze bardziej do Boga, przez modlitwy, rozmowy o Biblii, kazania braci o szukaniu źródeł radości (temat przewodni tego spotkania) oraz o tym, że niedaleko nas, bo w Sudanie, żyją ludzie, dla których każdy dzień jest wielkim wyzwaniem i przeszkodą - powinniśmy się cieszyć i być wdzięczni za to, że żyjemy w lepszych, godniejszych warunkach i winniśmy pomagać tym, którym ta pomoc jest naprawdę potrzebna.
Poznałem tu również mnóstwo fantastycznych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Wizyta w Bazylei pozwoliła mi również poznać kulturę i piękno tego miasta, a także Illzach, który był niejako moim domem przez te kilka dni.

Pozdrawiam i do zobaczenia! :)