sobota, 13 lipca 2019

Droga

Witam!
Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał wieści, to spieszę Wam czym prędzej donieść, że wczoraj Uniwersytet Jagielloński opublikował listy zakwalifikowanych kandydatów i na jednej z nich, w zakładce "Kierunek lekarski", znalazło się moje imię i nazwisko! Jestem bardzo szczęśliwy, że będę mieć ten zaszczyt i przyjemność, by od października pójść na pierwsze zajęcia jako student medycyny! Cieszę się, że cały proces rekrutacji, czas oczekiwań na maturalne wyniki i wszelkie stresy oraz emocje z tym związane minęły, że zakończyły się dla mnie sukcesem i spełnieniem ogromnego marzenia. Teraz zostało mi tylko pozanosić wszystkie niezbędne dokumenty na uczelnię, dokonać wpisu na pierwszy rok i czekać... czekać na początek października, który to rozpocznie nowy rok akademicki, pierwszy z moim udziałem. Dziękuję Wam wszystkim za trzymanie kciuków i wsparcie, które dało mi bardzo dużo sił na ten czas. 😌

W dzisiejszym poście chciałbym zatem jakoś podsumować tę moją drogę do tego właśnie momentu, drogę czasem krętą i niełatwą, ale też pełną radości i pasji... Owa droga miała wiele skrętów, mnóstwo marzeń oraz myśli, ale tak teraz sobie myślę, że raczej nigdy nie była nudna ani monotonna, a przynajmniej starałem się, aby takową się nie stała. Zapraszam zatem na krótką opowieść o tym, jak się wyklarowała ta droga...

Każdemu życzę takiej pięknej drogi życia jak ta 💚

Do poznawania świata oraz klucza do niego, czyli książek, ciągnęło mnie od najmłodszych lat, od czasu kiedy to moja mama, mimo swojej niepełnosprawności i wielu chorób, które ją wtedy bezustannie męczyły, nauczyła mnie czytać i pisać; każdego wieczoru siadałem na małym zielonym krzesełku i razem czytaliśmy wszystko, co wpadło nam w ręce - wycinki z gazet, bajki, baśnie, czy przyrodnicze książeczki... Dzięki niej nauczyłem się poznawać i rozumieć świat i wiem, że w wielkim stopniu dzięki niej znajduję się w tym miejscu, w którym teraz jestem, za co Ci mamo bardzo dziękuję! 💙

Pierwszą moją wielką pasją była geografia. Mając pięć, sześć lat był taki moment, że mój malutki pokoik był niemal w całości pozaklejany mapami Polski, Europy, Afryki, Ameryk i całego świata, a na biureczku niepodzielnie panowały globus, atlas oraz duży kalkulator. Uwielbiałem wertować coraz to kolejne stronice Wielkiego Atlasu Geograficznego, by znajdować w nim Polskę, Rwandę, czy Mjanmę na mapach kontynentów, by poznawać nazwy stolic wszystkich państw świata, czy aby dowiadywać się, jaka jest najdłuższa rzeka Azji. Teraz podaję oczywiście tylko przykłady, bo jakbym chciał wymienić wszystko, to byście czytali i czytali w nieskończoność. W innych książkach oglądałem też zdjęcia największych i najpiękniejszych atrakcji różnych krajów i byłem oczarowany, jak takie piękne rzeczy mógł stworzyć człowiek. Marzyłem wtedy o byciu kolejnym Magellanem, czy da Gamą, chciałem zobaczyć cały świat, a i może odkryć jakieś nieodkryte lądy.

Tak wyglądała moja pracownia 😁

Miłość do atlasu geograficznego pozostała do dziś, nawet teraz czasem potrafię sięgnąć po jakieś stare egzemplarze z dawnych lat i przerzucać oczyma po pięknie zaprojektowanych mapach...

O kolejnym zamiłowaniu pewnie już dobrze wiecie, bo zanim blog przeformował się na "Świat z mojej perspektywy", to pisałem tutaj głównie o ptakach i całej przyrodzie, która dookoła nas żyje. Mając jakieś siedem lat, obserwowałem całe wakacje razem z rodzicami liczne przygody rodziny dziwoń (dziwonie to takie małe ptaszki wielkości wróbli), które uwiły sobie gniazdko w przydomowym krzewie jałowca. Od tamtej pory zacząłem poznawać głębiej ten świat przyrody, czytałem liczne atlasy ptaków i innych zwierząt, roślin, grzybów, ruszałem z lornetką na "łowy" do ogrodu, a w pewnym momencie, będąc już nieco starszym, założyłem właśnie tego bloga, którego teraz czytacie, by tworzyć swego rodzaju pamiętnik moich przyrodniczych przygód. Owe zamiłowanie oczywiście żyje ze mną cały czas, teraz pielęgnuję swój ogród, w tym roku założyłem zielnik (który ostatnio wzbogacił się o cząber górski), lubię czasem poobserwować głośne puszczyki w tylnej części ogrodu, malutkie sikorki uczące się dopiero latać, a także inne stworzonka oraz roślinki.

A oto i mój nowy nabytek, cząber górski

Dzięki tej pasji zacząłem się powoli kierować w nauki ścisłe i wiązać z nimi swoją przyszłość. Myśli o medycynie przyszły stosunkowo niedawno - wcześniej myślałem o studiowaniu biotechnologii, czy kierunków genetycznych. W pewnym momencie jednak coraz bardziej zaczęła mnie interesować anatomia człowieka, na lekcjach biologii w klasie maturalnej bardzo zagłębiłem się w ten jakże obszerny, ale ciekawy i niesamowity temat i stwierdziłem, że moim powołaniem jest to, by odkryć wszystkie tajemnice naszego ciała, które jest przecież tak wspaniale skonstruowane, a także by nieść pomoc tym ludziom, którzy cierpią z powodu różnych chorób, którzy dzięki nim nie mogą normalnie funkcjonować. Wpływ na moją decyzję na pewno też miał fakt tego, że zawsze jak tylko mogłem, starałem się pomagać mojej mamie walczyć z niepełnosprawnością i wieloma chorobami, które ją dotknęły. Pamiętam takie sytuacje, nawet z dzieciństwa, gdy chciałem pomóc, ale nie wiedziałem jak, nie wiedziałem skąd się dana choroba bierze, co ją wywołuje, podobne rozterki miałem nawet wtedy, gdy sam miałem jakieś przeziębienie, czy bolał mnie ząb, brzuch, głowa... Teraz będę mieć szansę to wszystko poznać i mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie pomóc, że będę mógł dostarczyć drugiemu człowiekowi radości oraz ulgi.

Od lat kilku już kierowałem swoje myśli w kierunku nauk ścisłych, wybór padł na medycynę 😉


Dziękuję Wam jeszcze raz za kciuki i wsparcie, bardzo to sobie cenię i wiem, że one mi dużo pomogły w ostatnim czasie. Pozdrawiam Was i do zobaczenia! 😉

środa, 10 lipca 2019

Lipcowa sielanka

Witam!
Lipiec, a zwłaszcza w tym roku, jest dla mnie miesiącem szczególnym. Jutro minie dziewiętnaście lat od momentu, gdy pojawiłem się na świecie i zacząłem swoją ziemską wędrówkę, pojutrze pierwsze decyzje rekrutacyjne z UJ i być może już wtedy będę wiedział na jaki kierunek los mnie pośle, ale ogólnie cały lipiec kojarzy się mi z pełnią beztroskich wakacji i niezapomnianymi, sielankowymi spacerami wśród pól pełnych kwiecia i zboża gotowego na żniwa...
Polnych wędrówek przeszliście już ze mną kilka, jak nie kilkanaście, ale za każdym razem, przynajmniej dla mnie, jest inaczej, za każdym razem towarzyszy tym spacerom najpiękniejsza Matka-Natura, ale nigdy nie obdarowuje tym samym wrażeniem, atmosferą, zawsze są one niepowtarzalne i jedyne. Raz zachwyca delikatnym wiaterkiem z wschodu, raz kusi słodką wonią rumianku, mięty polnej, wrotyczy, raz obdarza ciepłymi barwami słońca i przyjaznych jemu słoneczników, a raz wciąga słuchacza we własne kompozycje, głęboką ciszę przecinaną gdzieniegdzie trelami trznadli, szumem owsianych wiech, czy delikatnym stąpnięciem na wąskiej, zawsze pełnej pyłu dróżce, która niczym lniana wstążka oddziela poszczególne pola...

Odkąd pamiętam, nasze wspólne wirtualne spacerowanie po cichawskich polach, łąkach było najprzyjemniejszą i najwspanialszą rzeczą, z jaką przyszło mi się spotkać tu na blogu. Uwielbiam pisać i tworzyć coraz to kolejne teksty o mojej sielankowej małej ojczyźnie i nimi jakże wielce wzbogacać tę blogową, ponad sześcioletnią historię. Od dziecka napawałem się darami naszej skromnej lecz miłościwej ziemi, starałem cieszyć się wszystkimi prezentami, którymi mnie obdarowała, wszelkimi mądrościami zaczerpniętymi od niej, a było ich mnóstwo... Każdy piękny moment z tych wspaniałych spacerów na pewno do dziś drzemie w moim wnętrzu i pozostanie ze mną na zawsze... Wierzę również, że nigdy owej sielanki nie zabraknie i jeszcze owych momentów przybędzie bardzo wiele, a każdy z nich niepowtarzalny i najwspanialszy.

Zapraszam więc na wieczorny spacer prosto do tejże lipcowej sielanki...



Owsiane wiechy gotowe na żniwa...



Ziele wrotyczu, dane do psiej budy wypędza wszelkie kleszcze i pchełki

W pełni rozkwitnięta wrotycz...

Wielka rumiankowa połać...
















Najpiękniejszy kwiat lata, słonecznik...


Stary krzyż wśród pól...

Ziele dziurawca



Polna mięta, najpiękniej pachnie...

Pięknie jest tak spacerować, nie ma nic cudowniejszego...
Pozdrawiam Was serdecznie dziękując za wiele wiele komentarzy i wielu nowych gości mojego małego blogowego zakątka... Do zobaczenia! 😉😉

P.S. Lekko odświeżyłem bloga, dodałem mu jasnej zieleni i zmieniłem czcionkę tytułów postów, piszcie, czy wygląda lepiej, czy nie 😊

niedziela, 7 lipca 2019

Małe szczęścia

Witam!
Nie wiem, czy ze mną się zgodzicie, ale te tytułowe małe szczęścia dają chyba najwięcej radości, bowiem zaczerpnięte są z codziennego życia, z każdej chwili, każdej minuty. Mogą mieć one swoje źródło w małych cyferkach, większych domkach, czy też dużych krajobrazach. Zrobić coś i potem widzieć, obserwować owocne efekty swych działań, czy jest coś piękniejszego?


W czwartek, po prawie dwumiesięcznym oczekiwaniu, w końcu otrzymaliśmy wyniki swoich egzaminów maturalnych. Wsiadając do busa w swojej wsi, który jechał do Krakowa, otrzymałem wiadomość - opublikowano wyniki na obiegu. Błyskawicznie serce stanęło mi w gardle, mimo że wcześniej niespecjalnie się tym dniem stresowałem, zapłaciłem jeszcze kierowcy za przejazd, po czym jak najprędzej znalazłem sobie miejsce siedzące, by w spokoju włączyć internet, zalogować się do systemu i móc w końcu dowiedzieć się jak mi ta matura poszła. Loguję się, serce wali coraz mocniej, coraz głośniej, aż jest... moim oczom na ekranie telefonu ukazała się niewielka tabelka z wieloma cyferkami, której początkowo nie mogłem rozgryźć z tych emocji, ale po niedługiej chwili odnalazłem swoje zabłąkane myśli i skupiłem je na odczytaniu wyników.
Egzaminy w zakresie podstawowym zdane, angielski i matematyka blisko maksymalnej wartości, język polski trochę mniej, pewnie był to efekt pierwszego stresu na pierwszej maturze, a także dość nieoczywistej formuły tegoż egzaminu, jeśli nie wiecie o czym mówię, zachęcam do otworzenia strony CKE i obejrzenia tegorocznego arkusza.
Ja jednak skupiłem owe myśli głównie na egzaminach w zakresie rozszerzonym, gdyż tylko one liczą się w późniejszej rekrutacji na studia... Patrzę, patrzę i nie mogłem uwierzyć... rozszerzona matematyka na 80%, biologia na 87%, chemia na 88%! Po zobaczeniu tych sześciu cyfr kamień spadł mi z serca, a całego mnie ogarnęło duże zaskoczenie, które potem przerodziło się w wielką radość. Nie spodziewałem się aż tak satysfakcjonującego mnie wyniku, moja wyobraźnia sięgała co najwyżej na poziom siódmej dziesiątki, czy początku ósmej, ale no wynik bliski 90, a zwłaszcza z biologii, o której myślałem, że nie poszła mi jakoś najlepiej, wprawił mnie w szampański nastrój. Zapisy na studia dobiegają powoli końca, pierwsze listy zakwalifikowanych studentów już w piątek i mam dużą nadzieję, że moje nazwisko będzie widnieć na kartce z tytułem "Kierunek lekarski UJ", byłoby to spełnienie wielkiego marzenia, owe małe szczęście przemieniłoby się w ogromne... tak więc do piątku jeszcze trzymajcie kciuki, pierwszy krok za mną, ale jeszcze jeden przede mną! 😁

Myśląc o kolejnych małych szczęściach, które ostatnio mnie spotkały, to na pewno muszę wspomnieć o ostatniej metamorfozie poczciwej leśniczówki, która już od lat kilkunastu cieszy oczy wszystkich gości mojego ogrodu. Po wyprawie do Zalipia, stwierdziłem, że drewniany domek musi zyskać nieco charakteru i stać się bardziej widoczny, by zachwycać jeszcze bardziej. Moje niedawno odkryte zainteresowanie malowaniem nie pozwoliło mi zostać przy tym pomyśle obojętnym, dlatego już następnego dnia w ruch poszły pędzle, wałki i farby. Każdy najmniejszy element został dokładnie pokryty warstwą farby - białej, bądź brązowej i po wielu chwilach moim oczom ukazał się odnowiony, piękny domek, który ma szansę stać się największą ogrodową gwiazdą - nie dość, że sam wygląda super, to jeszcze rozświetla cały ogród i czyni go jeszcze przytulniejszym i bardziej magicznym miejscem... Malując, wzorowałem się na zalipiańskim stylu, dlatego niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości leśniczówka zostanie cała ukwiecona, choć szczerze boję się nieco tego kroku, gdyż on wymaga już większego talentu malarskiego, a z nim różnie bywało u mnie... 😃



Trzeba się cieszyć z małych szczęść i szukać ich w każdym możliwym miejscu... Dzięki nim na naszych twarzach pojawia się uśmiech, a moment, w którym aktualnie się znajdujemy staje się piękniejszy i radośniejszy. Dziś miałem okazję spacerować sobie po Puszczy Niepołomickiej, a także odkrywać po raz kolejny uroki mojej okolicy podczas jazdy rowerem. Kończąc dzisiejszy wpis, zachęcam do znalezienia tego małego szczęścia w... koronach drzew, polnej dróżce, w moim ogrodzie i być radosnym...

Puszcza Niepołomicka



Pola prowadzące pod niegowicki kościółek...




Kwiat liliowca skąpany w lipcowym słońcu...

Bielinki, które w tym roku królują na kwiatostanach budlei

Ostatnio też chmurki prezentują ciekawe kształty, dając wspaniałe widoki...



Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia! 😊😄

poniedziałek, 1 lipca 2019

Podróże #47: Malowane Zalipie

Witam!
Starzy bywalcy na pewno pamiętają mój post sprzed trzech lat, kiedy to zabrałem Was na wirtualną wycieczkę do Wał-Rudy i Zalipia. Z rodzicami w tamtym miejscu byliśmy jeszcze trzy lata wcześniej, czyli suma sumarum wyprawa w tamte strony odbyła się sześć lat temu. Pamiętam z niej do dziś dwie rzeczy: mój ogromny zachwyt nad zalipiańskimi malunkami na ścianach, drzewach, studniach, ale także okropną aurę, niską temperaturę i gęsty kapuśniaczek sączący się z ciemnych chmur ponad nami. Z tego też powodu zobaczyliśmy wtedy tylko Dom Malarek i teren przed jego wejściem, co dziś uważam za malutki kawałek tego piękna, którzy drzemie w malowanej wsi na Ziemi Dąbrowskiej.

Od co najmniej dwóch lat postanawiałem sobie, że w końcu się zabiorę w tamte strony... Po ostatniej wyprawie pozostał olbrzymi niedosyt i chciałem go po prostu wyeliminować, móc w pełni nacieszyć się tym jakże wspaniałym miejscem, jakim jest Zalipie.
Ostatnio, dzięki relacjom telewizyjnym z tej wsi podczas konkursu "Malowana chata", a także ostatniemu wpisowi Basi Wójcik poświęconemu Zalipiu, która ma to szczęście mieszkać w tych cudownych okolicach, zdecydowałem, że kolejnym moim celem, kolejną moją wyprawą, będzie ta do Zalipia. Zapraszam Was więc na spacer, wyjątkowy spacer pełen historii i sielskich widoków.


Historia zwyczaju malowania domów sięga przełomu XIX i XX wieku i co ciekawe, owy zwyczaj nie panował wyłącznie w Zalipiu, ale w wioskach całego Powiśla Dąbrowskiego, jednak dzięki postaci Felicji Curyłowej, a także miejscowego chłopca, który wyjechał do Krakowa i pracował jako służący u państwa Hicklów, do dzisiaj kolebką zwiedzania i podziwiania malowanych chatek jest właśnie Zalipie.
Na początku malunki wykonywano wapnem na zakopconych, sczerniałych od sadzy ścianach i były to głównie plamki i inne upaćkania. Wraz z kolejnymi latami praktykę tą zaczęto przenosić na zewnętrzne ściany domów, na ściany izb, aby na końcu kwiatowe motywy, już kolorowymi farbami, pojawiały się na studniach, budach, drzewach, płotach, kapliczkach, słowem - malowano, co tylko się dało.

Niewątpliwie najsłynniejszą zalipiańską malarką była wyżej wspomniana Felicja Curyłowa, żyjąca w latach 1904-1974. Podobno, już w wieku 10 lat, sama wymalowała w swojej chacie czarny strop małego korytarza prowadzącego do izb w białe kwiaty i listki, który można dziś oglądać zwiedzając wnętrza trzech zalipiańskich chatek w zagrodzie Curyłowej. Gospodyni postawiła na rozsławienie swojej wsi i kultury królującej w niej i udało się jej to, dzięki temu cały świat może dziś poznać to magiczne miejsce pełne wzorów, kwiatów, które ma w sobie moc, by przenieść turystę do dawnej przeszłości.

Pierwszym przystankiem naszej zalipiańskiej wyprawy był Dom Malarek funkcjonujący od 1977 roku. Mieści się tam siedziba Gminnego Ośrodka Kultury, którego zadaniem jest kultywowanie tej pięknej tradycji, by nigdy ona nie zaginęła i dalej była rozsławiana. Można tam wypocząć, uczestniczyć w wielu warsztatach i poznać bliżej tajniki wykonywania zalipiańskich malowideł. Przed budynkiem można podziwiać mały ogród, który zdobią stary żuraw, mała chatka i drzewka owocowe, oczywiście wszystko malowane w kolorowe, zalipiańskie kwiaty.

Dom Malarek

Drewniana altanka


Żuraw ze studnią, obok wanienka, a w tyle maleńka zalipiańska chatka


Stół też przyzdobiony zalipiańskimi kwiatami

Drzewa również malowano, wyglądają naprawdę wspaniale

 

Po krótkim przystanku w Domu Malarek, ruszyliśmy w kierunku zagrody Felicji Curyłowej, na której terenie mieści się małe muzeum. Całość tworzą cztery staropolskie chatki, do których podczas spaceru z przewodnikiem można wejść, zobaczyć ich tradycyjny wystrój, a także oglądać stare sprzęty, obrazki, pamiątki po przeszłych pokoleniach, po gospodarzach z Zalipia. W tym roku na teren zagrody przeniesiono chatkę Stefanii Łączyńskiej z innej części wsi, najpierw ją rozebrano, a następnie, w nowym miejscu, odbudowano deseczka po deseczce.
Zalipiańskie muzeum jest wspaniałym miejscem, można odbyć w nim prawdziwą podróż w czasie, w pierwsze dekady XX wieku i późniejsze lata świetności tej wsi. Dodatkowo ten niepowtarzalny zapach starego drewna, który uwielbiam, przenosi nasze myśli i całą wyobraźnię do Zalipia sprzed stu lat, coś magicznego!
Zapraszam na spacer po muzeum...

Wejście do zagrody Felicji Curyłowej

Chatka, w której można zakupić bilety - 8 zł normalny, 5 zł ulgowy

Chata Felicji Curyłowej


Piec z zastawą

W chałupie Curyłowej kwiaty są widoczne na każdym najmniejszym kroku


O zamożności rodziny w dużej części decydowała... liczba ręcznie wykonanych poduch z gęsim pierzem

Obraz z Felicją Curyłową

Pająk, czyli ludowa ozdoba zdobiąca izby wieszana pod sufitem

Na manekinie założony tradycyjny strój, noszony na terenie Zalipia

W niemal każdej izbie był również ołtarzyk, przy którym cała rodzina się modliła

Strop wymalowany przez Curyłową w wieku 10 lat





Chatka Stefanii Łączyńskiej


Izba ciemna




Komora

 
Zapiecek

Zdobiono także obrazy Matki Bożej, Serca Jezusowego, czy zdjęcia domowników oprawione w drewniane ramy

Izba jasna, w której spali goście, bądź przyjmowało się księdza po kolędzie

Kolejny pająk
 
Zdobiono także symbole narodowe





Trzecia, najuboższa chatka


W tejże chatce nie ma zbyt wielu malunków, gdyż gospodarze byli zbyt biedni, aby zakupić farby

Piecyk z tarą na przedzie, obok zapiecek, najcieplejsze miejsce w domu

Zapiecek z misami, kubkami i maselnicą

Komora

Pułapka na szczury - szczur wchodził dziurką pod spód zwabiony jedzeniem, po czym drewniany blok miażdżył zwierzątko


Kołyska

W pomieszczeniu obok mieszkały zwierzęta - razem było cieplej


Studzienka

Buda dla psa


Wszędzie kwitły swojskie malwy...


Zalipie to naprawdę przepiękne miejsce, co pewnie widać na załączonych obrazkach. Zachęcam Was jednak zobaczyć Zalipie na żywo, by poczuć ten wyjątkowy klimat, zapach, których żadne zdjęcia niestety nie dostarczą. Warto dotknąć tej perły Ziemi Dąbrowskiej i czerpać z niej same piękne emocje, oj warto... Ta wieś udowadnia, że czasem można czas spowolnić, zatrzymać, a nawet cofnąć, tylko trzeba znaleźć odpowiednie do tego miejsce. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszym życiu, kiedy ten czas rozpędza się niebywale szybko, sam ostatnio na to uwagę zwróciłem, myśląc, że jeszcze niedawno było się małym brzdącem, a tu już za kilka dni skończę 19 lat, a te kilka dni miną jak jedna sekunda i owa dziewiętnastka wybije szybciej niż bym mógł pomyśleć...

Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia! 😉💚💙

P.S. Ustawiłem dzisiaj wszystkie zdjęcia na jeszcze większy rozmiar, piszcie czy prezentują się lepiej niż w tej mniejszej wersji. 😉