piątek, 21 września 2018

Ostatnie promienie lata

Witam!
Czas płynie nieubłaganie... Lipiec, sierpień to tak, jakby były wczoraj, a tu już kalendarz pokazuje 21. dzień września. Lato na finiszu, potem szybko jesień, zima, a wraz z nią Boże Narodzenie, wiosna, Wielkanoc... i matura! Aż strach pomyśleć, że te siedem miesięcy minie błyskawicznie i wraz z zakwitnięciem kasztanowców będę jednym z wielu, którzy będą zmagać się z arkuszami maturalnymi, aby dostać się na dobre studia i powoli kierunkować swoją przyszłość.
O maturze pewnie napiszę niebawem osobny post, bo o tym temacie można pisać w nieskończoność - co w niej dobre, co nie, jak się do niej mam zamiar przygotowywać i inne.

Trzecia dekada września to zawsze czas pożegnania lata i powitania jesieni, przynajmniej tych astronomicznych i kalendarzowych. W tym roku zapowiada się, że jesień wkroczy mocnym krokiem - dużym ochłodzeniem i deszczem. Jesień potrafi być piękna i urokliwa, gdy mieni się w złocie i brązie liści oraz ciepłych promieni słońca, ale też potrafi płatać figle smutną, szarą kolorystyką, czego nie lubię bardzo.
Prognozy mówią, że dzisiejszy dzień był ostatnim tak ciepłym i słonecznym dniem. Wrześniowe słońce nie jest już tak przyjemne jak lipcowe, czy sierpniowe, bo jest zbyt rażące i, przynajmniej u mnie, osłabiające (zwłaszcza, gdy trzeba wytrzymać kilka godzin w dusznych salach szkolnych, to jest ciężko).
Taki dzień trzeba jednak wykorzystać mimo wszystko jak najlepiej, dlatego dzisiejszym popołudniem w ruch poszły rowery.

Trasa głównie wiodła polnymi dróżkami, a gdy te się pokończyły, toczyliśmy się zielonymi łąkami w poszukiwaniu jakiejkolwiek drogi, którą moglibyśmy dalej jechać.


W tym miejscu skończyła się droga





Zachód słońca pięknie oświetlał niewielki cmentarz cholerny, który spoczął w cieniu ogromnej lipy.





Na początku września, gdy lato również dopisywało przyjemnym słońcem i temperaturą, wybrałem się z braćmi na spacer do pobliskiego lasu. Idąc polną dróżką prowadzącą do celu, minęliśmy kilka krówek i owieczek, które dziś niestety są już rzadkością, nawet na polskiej wsi. Do zdjęć ustawiały się niczym prawdziwe modelki.








Do dziś pamiętam rudoczerwone promienie przenikające między drzewami oraz wspaniały zapach podgrzybków, który niczym perfumy, wzbogacał potęgę i piękno przyrody późnego lata. Udało nam się zebrać nawet kilka zdrowych okazów, dzięki czemu wyprawę można było uznać za jak najbardziej udaną.



Teraz tylko trzymać kciuki, aby prognozy się nie sprawdziły i jesień przywitała nas ciepło i przyjemnie. Ja tymczasem wracam do powtarzania materiału z biologii i chemii, od poniedziałku czeka mnie kolejna dawka mocnych wrażeń. 😃😂
Pozdrawiam Was cieplutko i do zobaczenia! :)

piątek, 24 sierpnia 2018

Podróże #41: Połonina Wetlińska

Witam!
Powoli staram się pogodzić z tym wszystkim, co ostatnio mnie spotkało i zacząć nowy rozdział w swoim życiu, o wiele bardziej pusty i odwrócony o 180 stopni. Mimo wszystko żyć trzeba dalej, a każda tragedia, każde nieszczęście, które przetrwamy, później wewnętrznie nas wzmocni i poprowadzi dalej przez trakt życia (jak to mówią, co Cię nie zabije, to Cię wzmocni).
W tym wszystkim bardzo mi pomógł dwudniowy wyjazd w Bieszczady. Potęga gór, a zwłaszcza tak wyludnionych, pomogła mi nieco otrząsnąć się i wyciszyć swe jakże bardzo poplątane myśli oraz emocje.

Połoninę Wetlińską zaczęliśmy zdobywać od Przełęczy Wyżnej (872 m.n.p.m.) w Brzegach Górnych. Za wejście na szlak trzeba uiścić opłatę.





Pierwszym etapem wędrówki było niezbyt wymagające podejście żółtym szlakiem prowadzące przez las (trzeba jednak uważać na wystające kamienie i korzenie, który wprowadzały trochę dyskomfortu).








Po około 45 minutach wychodzenia wyszliśmy ze strefy lasu, a naszym oczom ukazał się bajeczny, lecz zbyt wietrzny, krajobraz Połoniny Wetlińskiej.






Kolejne 15 minut zajęło nam na wyjście pod schronisko PTTK "Chatka Puchatka" (1228 m.n.p.m.), w którym wypiliśmy ciepłą herbatę oraz choć na chwilę schroniliśmy się przed huraganowym wiatrem. Sama chatka na tle gór prezentuje się przepięknie.
 




Po wyjściu z "Chatki Puchatka" ruszyliśmy Głównym Szlakiem Beskidzkim (czerwonym) w stronę Wetliny. Pogoda była wspaniała (no może oprócz tego wiatru), więc całą trasę mogliśmy napawać się tymi zapierającymi dech w piersiach widokami. Mało było takich momentów w życiu, w których się widziało coś równie wspaniałego, w których czuło się jak orzeł szybujący po przestworzach...
Sam szlak nie był jakiś ciężki do przebycia, jedynie podejście na Osadzki Wierch mogło nieco przerazić.










Szczyt Osadzkiego Wierchu (1253 m.n.p.m.)


Po zejściu z Osadzkiego Wierchu, szlak prowadził raz otwartymi łąkami, raz niskimi zaroślami pełnych malin oraz różowych wierzbownic, a raz jasnym grądem.












Niecałe półtorej godziny po zdobyciu najwyższego wzniesienia Połoniny Wetlińskiej, dotarliśmy do przełęczy Orłowicza. Tam chwilę odpoczęliśmy i nabraliśmy trochę sił przed dalszą częścią wędrówki.


Z przełęczy Orłowicza ruszyliśmy na Smerek. Ten odcinek drogi, choć trwał około 20 minut w jedną stronę, był według mnie najbardziej wymagający ze wszystkich. Niestabilny grunt, a także osiągający duże prędkości wiatr, znacznie utrudniały wejście na ostatni szczyt naszej trasy, choć i tak nie było aż tak źle jak początkowo zakładałem.
Smerek wieńczy piękny krzyż. W tym też miejscu pomyślałem o Tacie i zmówiłem krótką modlitwę w jego intencji.

W oddali widać krzyż zdobiący szczyt

Widok na przełęcz Orłowicza




Po zejściu z góry na przełęcz Orłowicza ruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Wetliny. Ścieżka prowadziła przez las, przez co była nieco zawilgocona, a schodzenie w takich warunkach według mnie jest o wiele bardziej uciążliwe niż wchodzenie. Po nieco ponad godzinie zeszliśmy do Wetliny, w której mieliśmy nocleg.

Zejście na przełęcz Orłowicza






A w dole... Wetlina!



Wetlina, mimo tego, że jest małą wioską, stanowi świetną bazę noclegową dla każdego, kto pragnie zdobywać bieszczadzkie szczyty. W samej wsi też jest kilka perspektyw, by dobrze się zregenerować i przygotować na wędrówki.

Widoki z Wesołej Górki

Niezwykle urokliwa Wetlinka, w której wodach można się kąpać

Restauracja "W Starym Siole"

Tradycyjny naleśnik z jagodami z Chaty Wędrowca... pyszny był!

Najdziwniejsze miejsce w Wetlinie - Baza ludzi... z mgły


Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze pod ostatnim postem i za to, że można na Was liczyć w dobrych, ale też i tych złych, smutnych momentach. Dziękuję Wam jeszcze raz! Pozdrawiam i do zobaczenia! :)