piątek, 27 października 2017

O pracy, współpracy i zaangażowaniu, które mogą zdziałać cuda

Witam!
Kończy się już drugi miesiąc kolejnego roku szkolnego, październik powoli odchodzi w siną dal, dookoła czuć zapach wosku w zniczach i chryzantemy, no a od środy, no powiedzmy od czwartku, zacznie się bożonarodzeniowe szaleństwo - reklamy w telewizji, bogato zdobione półki z akcesoriami świątecznymi i całe te przygotowania... Uwielbiam ten czas, czekanie na najbardziej magiczny okres roku potrafi być równie miłe i wesołe jak samo celebrowanie 24, 25 i 26 grudnia, przynajmniej ja tak mam, zawsze te kilka tygodni przed zaczynam odliczać krok po kroku, dzień po dniu, ile jeszcze do świąt.
Jednak wraz z mijaniem i przychodzeniem kolejnych miesięcy, na moim biurku leży coraz więcej kserówek, zadań, zeszyt do biologii coraz bardziej zapełniony, o pozostałych przedmiotach nie wspominając. Na szczęście czas leci szybko i nim się nie obejrzę, to już Boże Narodzenie, ferie, Wielkanoc i wakacje. I tak w koło, godzina za godziną, dzień za dniem, rok za rokiem...
"Im jest się starszym, tym czas płynie szybciej", te kilka słów kryją w sobie ogromną prawdę, z upływem lat można to dostrzec i to bardzo.

Ale dziś nie o tym, dziś chciałbym powrócić na chwilę do niedalekiej przeszłości, aby ukłonić się w stronę pewnych osób, u których połączenie ciężkiej pracy, współpracy i zaangażowania daje niesamowite efekty.

Z końcem sierpnia, wiejskie krajobrazy zmieniły się nie do poznania, jak to co roku bywa - kończy się czas żniw, pozostała na polach kukurydza zaczyna schnąć... Brąz zaczyna dominować wokoło, soczysta zieleń powoli, lecz nieubłaganie zanika.
W tym właśnie czasie, na mojej umiłowanej ziemi gdowskiej, po raz drugi ogłoszono konkurs na najpiękniejsze witacze, które miały stanąć przy wjeździe do danej wsi i nawiązywać do jej historii, obyczajów i tradycji.
Pierwsza edycja zorganizowana w ubiegłym roku zakończyła się dużym powodzeniem, w sumie na terenie gdowskiej gminy stanęło 13 witaczy, wszystkie pełne barw i ciekawych pomysłów. Więcej o pierwszej edycji możecie przeczytać TUTAJ.

Druga edycja zakończona z początkiem września tego roku, również bardzo zachwyciła. Mimo że wykonano pięć witaczy mniej niż przed rokiem, to według mnie były one ciekawsze, oryginalniejsze i ogólnie piękniejsze.
Podczas letnich wycieczek rowerowych, dotarłem do dwóch witaczy, w tym do tego zwycięskiego z Krakuszowic. Mieszkańcy stworzyli miniaturę miejscowego dworu na Moczydle, który został opisany w utworze Stefana Majchrowskiego pt. "Karczma na Moczydle". Swoją drogą jeśli będę mieć tylko czas, poszperam po antykwariatach tej książki, ciekawi mnie to.
Dworek powstał przepiękny. Prowadzi do niego brzozowa, niewielka kładka, a dalej wydeptana ścieżka przechodząca obok niewielkiego oczka wodnego i rzędu pomarańczowych aksamitek. Obok białej chatki ze strzechą i drewnianym gankiem stoi ławeczka, a na niej siedzi chłopka, najprawdopodobniej zmęczona po pracy.
Coś pięknego!
                                         




Drugi witacz, obok którego przejeżdżałem stał w pobliskich Wiatowicach. Wysoki, smukły, wiejski młyn z uroczymi małymi okiennicami i drewnianymi drzwiczkami. Obok niego stoi niewielki drewniany płotek, ozdobiony płodami ziemi oraz wiklinowym koszyczkiem. Również zrobił na mnie niemałe wrażenie.




I z tego miejsca wielki ukłon dla wszystkich, którzy wykonali te, ale i pozostałe witacze (całą resztę możecie oglądnąć TUTAJ), bowiem ile trzeba włożyć pracy, zaangażowania, ale też ludzkich rąk, aby wykonać takie perełki. I tak jak głosi tytuł dzisiejszego posta, praca, współpraca i zaangażowanie potrafią zdziałać cuda. I to nie tylko w tym przypadku, ale również i w wielu innych, bo właśnie tymi trzema punktami można osiągnąć wszystko.

Na sam koniec chciałbym bardzo Was zaprosić do obserwowania bloga i mnie na social media, gdzie jestem dostępny częściej:
Pozdrawiam i do następnego razu! 😌

piątek, 13 października 2017

Podróże #36: Wejście i trasa na Babią Górę

Witam po dłuższej przerwie!
Szkolny sezon zaczął się na nowo. Znowu nawał pracy, mnóstwo sprawdzianów, kartkówek, testów... Dzisiaj jednak trzynastego... piątek trzynastego, a że w ten dzień dzieją się zwykle niecodzienne zdarzenia, to i ja w ten dzień zabieram Was w kolejną podróż - na Babią Górę. Było groźnie, było ciężko, ale i pięknie oraz magicznie. Zapraszam!

W ubiegłym tygodniu na kilka dni zjechał do Polski mój brat - miłośnik chodzenia po górach i zwiedzania urokliwych zakątków naszej ojczyzny. Gdy był ostatnio, nie zdążyliśmy zdobyć żadnego szczytu, dlatego tym razem postanowiliśmy wejść na najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, czyli Diablak.
Diablak jest najwyższym szczytem pasma Babiej Góry (bo jeśli wiecie lub nie wiecie, Babia Góra to nie pojedyncza góra, tylko pasmo górskie), mierzy sobie 1723 m.n.p.m., a jego wybitność wynosi ponad 1000 m!

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Zawoi-Policzne, gdzie swój ostatni przystanek miał autobus łączący Kraków i Zawoję. Po półgodzinnym spacerze skrajem drogi wojewódzkiej nr 957, zgodnie ze strzałką niebieskiego szlaku skręciliśmy na leśną ścieżkę, która po kolejnych trzydziestu minutach zaprowadziła nas na start właściwego szlaku, czyli na Przełęcz Krowiarki.





Oczywiście wejście na Babią Górę można zacząć z Krowiarek, tylko pod warunkiem, że podjedzie się na miejsce autem. Jeśli ktoś zamierza dotrzeć tam autobusem, to nie ma innej opcji, tylko iść na nogach tak jak my albo łapać stopa.
Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy miejsce aby sobie na chwilę siąść, coś zjeść i podwoić siły przed kontynuacją naszego podboju. Gęsta mgła i chłód dający o sobie znać wszędzie nie napawały optymizmem, bardzo chcieliśmy zobaczyć piękne widoki gdy dotrzemy na szczyt, ale taki stan rzeczy po prostu uniemożliwiał to. Mimo wszystko, po zakupie biletów (2,50 zł ulgowy, 5 zł normalny) ruszyliśmy w drogę.






Pierwsza część trasy (do Sokolicy) była dość uciążliwa - strome podejście, drewniane, śliskie stopnie i zewsząd wystające kamienie powodowały, że lekko nie było. Krajobraz prezentował się jednak pięknie, niczym w romantycznej balladzie Mickiewicza - ciemny las iglasty spowity mgłą, szarugą i błyszczącymi kropelkami deszczu.
Z powrotem było jeszcze cudniej, ale o tym już niebawem.






Po niecałej godzinie drogi dotarliśmy na Sokolicę (1367 m.n.p.m), z której można podziwiać niezwykłą panoramę Zawoi i okolic. Wchodząc na Diablak, nic niestety nie ujrzeliśmy - mgła wędrowała z nami niczym wierny pies przy nodze właściciela.



Na Diablak, czerwonym szlakiem, pozostało nam około półtorej godziny drogi. Na wysokości 1400 m.n.p.m., zaczął padać... śnieg! W październiku w wysokich górach jest to coś normalnego, jednak mimo wszystko kompletnie się nie spodziewaliśmy, iż zacznie sypać. Prognozy mówiły prędzej o słońcu i przelotnym deszczu, ale nie wspomniano ni słowa o śniegu. Takie to te prognozy...
Wraz ze wzrostem wysokości padało coraz mocniej, mocniej i mocniej...
Kolejnym przystankiem na naszej drodze była Kępa (1521 m.n.p.m.) leżąca już w partii kosodrzewiny. Na drewnianym płotku leżały już długie pasma białego puchu, więc korzystając z okazji ulepiłem na szybko mini-bałwanka i umieściłem dumnie na najwyższej belce.









Z minuty na minutę coraz bardziej wzmagał się wiatr, a że szliśmy już partią niskiej kosodrzewiny, to dawał w kość. Śniegu przybywało, temperatura malała, do tego ten wicher... wszystko to bardziej przypominało wejście na himalajski szczyt, niż na, jakby się mogło zdawać, łagodny babiogórski wierzchołek.




Ostatni etap, czyli odcinek od Gówniaka (1617 m.n.p.m.) do Diablaka był zdecydowanie najcięższy - udeptana przez turystów śnieżna ścieżka momentami stawała się bardzo śliska. Do tego dość mocne, strome podejścia, mgła, mróz oraz istny huragan, nie ułatwiały zadania.
W końcu jednak dotarliśmy na szczyt. Ponad 3 godziny wejścia z Policznego na Diablak. Towarzyszyło nam ogromne zmęczenie, ale i duma. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie znajdowałem się wyżej niż wtedy (oczywiście nie wliczając lotu samolotem). Zaczynaliśmy wędrówką jesiennym lasem, kończyliśmy mocno zimowym, nagim krajobrazem. Szkoda tylko, że nasze obawy się potwierdziły i mgła uniemożliwiła nam podziwianie widoków, które ponoć są bajeczne.
Przez Diablak przebiega granica polsko-słowacka, tak więc korzystając z tego przywileju, wybraliśmy się na moment za granicę, a po chwili wróciliśmy na polską stronę. I tak z kilka razy, do znudzenia.





Krótki moment, gdy przez chwilę można było zobaczyć zarys panoramy


Zejście, jak przypuszczałem, okazało się o wiele gorsze i trudniejsze, zwłaszcza na części, gdzie szlak był ośnieżony i śliski. Poślizgnięć ilość niezliczona, jednak na szczęście wróciłem cały i zdrów.
Wracając, dostrzegliśmy na Kępie grupę członków Bractwa Niepokalanów, którzy odmawiali różaniec. W ten dzień, kiedy zdobywaliśmy Babią Górę, na terenie całej Polski odbywała się akcja "Różaniec do granic" polegająca na tym, iż ludzie odmawiali różaniec wzdłuż polskich granic, aby uchronić nasz kraj od wszelkich nieszczęść.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, zmówiliśmy razem dziesiątek różańca, od braci dostaliśmy mały obrazek oraz poświęcony medalik, po czym ruszyliśmy dalej w stronę Krowiarek.



A jednak! Nie wszystko stracone! Natura zrekompensowała nam tą mgłę na szczycie Diablaka. Gdy dotarliśmy na Sokolicę, zaświeciło słońce, mgła ustała i ukazała nam się cudowna panorama na Zawoję, okoliczne pagórki, góry i lasy. To było coś pięknego, takich widoków i takich paradoksów się nie zapomina. Około pół kilometra różnicy, a światy dwa inne - śnieżna pustynia na Diablaku i jesienna panorama z Sokolicy.
Idąc w dół sosnowym borem, widok również jakże inny od tego, który nam towarzyszył na starcie. Co tu mówić, najlepiej zobaczyć zdjęcia, to one wszystko dopowiedzą.

Tamten płotek w oddali to właśnie Sokolica

Coś pięknego












Mimo trudów, kłopotów i nieoczekiwanych przygód, wejście na Diablak okazało się bardzo ciekawą przygodą, która zapadnie w pamięci na długo.

Co do bloga, to będę się starał bywać tu częściej. Jednak z jakim to będzie skutkiem? To pokaże czas.

Na sam koniec chciałbym bardzo Was zaprosić do obserwowania bloga i mnie na social media, gdzie jestem dostępny częściej:

Pozdrawiam i do następnego razu! 😌