sobota, 20 sierpnia 2016

Poetycka strona sierpnia

Witam moi czytelnicy! Dzisiaj chcę Wam pokazać niezwykły zachód Słońca, który miałem okazję obserwować kilka dni temu, a także wyjaśnić sens, znaczenie i prawdy płynące z mojego premierowego wiersza.
Sierpień jest dla mnie magicznym i wyjątkowym miesiącem jeśli chodzi o naturę i jej "humory". To teraz najczęściej występują trąby powietrzne, susze... Natura powoli przygotowuje się do zimowego snu, wszystko spowalnia, noce stają się chłodne.
Ale co najbardziej urokliwe, to chyba to, że sierpniowe wschody i zachody Słońca są najpiękniejsze.
Najlepiej opisałbym to językiem poetyckim, jak już dzisiaj tyle o niej będzie:

Ognista kula zachodzącego Słońca powoli zmierzała ku zachodniemu horyzontowi. Niezwykle zdobiła sierpniowe, purpurowe niebo i złote, małopolskie łąki pełne dojrzałego jęczmienia i innego zboża. Gwieździe towarzyszyły puchate, śnieżnobiałe obłoki, które otaczały ją niczym złota aureola głowę świętego, a ona rozświetlała je swymi delikatnymi, złocistymi promieniami. Nieopodal, po nieco ciemniejszej stronie niebieskiego sklepienia, swój blask zaczęły dawać słynne, gwiezdne konstelacje. Wielka Niedźwiedzica ukazywała swoje niezwykłe wdzięki, Mały Wóz wiernie jej towarzyszył jak umiłowana córa, a Kompas zachwycał swoją prostotą i skromnością.
Po drugiej stronie nieba zaś wschodził pełny, rdzawy miesiąc, który tylko czekał aż jego rywal schowa się za niewielką brzeziną, aby mógł ponownie wejść na tron tej jakże magicznej niebiańskiej krainy.

Uwielbiam pisać takie opisy. Ten poetycki styl niezwykle wpływa (przynajmniej u mnie) na wyobraźnię czytelnika. Ktoś, kto czyta taki opis o wiele bardziej jest w stanie wyobrazić sobie, jak to mogło wygląda, niż jeśli by czytał to samo w sposób prostszy i mniej poetycki. To takie moje zdanie. Ale spokojnie! Zdjęcia też są! :)








Uwielbiam fotografować i obserwować takie cudne wschody i zachody Słońca, jak na przykład TU czy TU, ale ten sprzed kilku dni był naprawdę magiczny i zachwycający. Wiele razy też u Was widziałem "ochy i achy" nad tym tematem, ale muszę przyznać, że pomimo to, widzieć taki zachód na żywo to jest niezapomniane przeżycie. Taka alfa i omega mojego dnia...

I tu przechodzę do drugiego tematu na dziś, czyli do poetyckiego spojrzenia na dwie wartości: miłość i śmierć.
Taki o to wiersz powstał ostatnio w mojej głowie:




Ten wiersz nie był pisany z obserwacji innych ludzi. Może nie, był, ale w mniejszym stopniu. Tutaj bardziej jest to związane z moją osobą i moimi ostatnimi przeżyciami. Miłość i Śmierć są tu ukazane jako uosobienia władców świata - coś co jest obecne w życiu każdego z nas, co nami panuje i przed czym nie możemy uciec ani się uchronić. Taka Alfa i Omega - najważniejsza rzecz i myśl naszego istnienia. To one wyznaczają drogę życia - jaka ona będzie długa, w co będzie obfitować i kto będzie z nami to życie dzielić. Każdy z nas darzy kogoś uczuciem i jest połączony z kimś tą miłością. Nie zależy ile mamy lat, kim jesteśmy, każdy ma swoją miłość. Dziecko ma rodziców, nastolatek pierwszą miłość, dorosły żonę, dzieci, później wnuki, zakonnicy Boga... miłość jest nieuchronna i spotyka każdą duszę i każde ciało (przepraszam za powtórzenia "każdy", ale chcę przez to ukazać ważność tych dwóch wartości). A Śmierć? Śmierć głównie wyznacza kres tej drogi i to jak się nasza ziemska podróż zakończy. Też nie można uciec z jej rąk i jesteśmy ciągle zależni od jej losu, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie na nas czas.
Nadają sens, bowiem możemy poniekąd przez te 2 wartości określić nasz cel i to w jaki czas go wykonamy. Bez sensu byłoby życie człowieka niezakochanego, czy nieśmiertelnego, bo nie miałby określonych barier ani zasad, które trzeba spełnić.
Tworzą i niszczą - miłość tworzy związki i jego owoce w postaci szczęścia i potomstwa, ale może też zamienić to wszystko w koszmar - rozstania, rozwody, nieprzespane noce, płacz i smutek, a w niektórych przypadkach też różne obsesje, odchylenia psychiczne, depresje, czy nawet śmierć - to jest w stanie z nami zrobić Miłość! Tak samo jest z tą drugą wartością, tworzy inne życie, to w wiecznym Królestwie Niebieskim, ale też rujnuje życie ziemskie i wszystko, co było z nami związane.
Są niczym dyktatorzy krwawi, bowiem panują nad wszelkim stworzeniem, prześladują one wielce, od nich jesteśmy uzależnieni, jak pisałem na początku: to jest coś nieuchronnego. Co więcej: rządzą nami bezlitośnie i wtrącają się w przebieg istnienia: mojego i Twojego.
A my? Wciąż do nich Lgniemy! Życie każdego człowieka zmierza w stronę tych władców - w stronę Miłości i Śmierci. Nawet jeślibyśmy nie chcieli, to i tak w pewnym momencie przylgniemy zarówno do jednej, jak i drugiej. To nieuniknione. Lgniemy do tego cały czas nawet nie będąc tego zupełnie świadomi. Nie bez powodu podkreśliłem ważność tego czasownika zaczynając dużą literą, bo według mnie to słowo w tym wierszu jest kluczowe.
Para doskonała... Przykład powyżej, do czego może doprowadzić miłość, ale nie tylko. "Nie opuszczę Cię aż do śmierci...", to jedna z ważniejszych deklaracji składanych na ślubnym kobiercu. Miłość trwa i jest przez całe nasze życie, a później łączy się ze śmiercią i tak to gna dalej, całą wieczność. Kolejny przykład? Patriotyzm. Miłość wobec ojczyzny nie przejawia się jedynie tym, że ładnie zaśpiewamy hymn, wywiesimy flagę trzeciego maja i w inne ważne święta... Ale wyraźnie jest powiedziane w definicji patriotyzmu, że to też umiejętność oddania za nią tego co najcenniejsze, czyli życia. Będąc w gimnazjum przez ostatnie trzy lata, bardzo dużo tekstów, które poznawałem miało właśnie charakter ściśle patriotyczny, związany właśnie ze śmiercią: Alek, Rudy, Zośka z "Kamieni na szaniec", polegli piloci z Dywizjonu 303, polscy niepodległościowcy i inni, którzy wyzionęli ducha walcząc o suwerenność ojczyzny. Im chwała!
Tak samo jest, z miłością do Boga, że niektórzy cierpią prześladowanie i z miłości przychodzi na nich śmierć. 
Te dwie wartości uzupełniają się idealnie, żadna nie przewyższa drugiej, obie warunkują nasze istnienie na Ziemi, rządzą nami, a co najważniejsze: są nieuchronne!
I taka rada na koniec, nie bójcie się tych krwawych dyktatorów, jakimi są Miłość i Śmierć.

Do zobaczenia i pozdrawiam! :)

środa, 29 czerwca 2016

Gondolą po krakowskiej Wiśle

Witajcie moi mili!
Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o tym, jak to się stało, że przepłynąłem część krakowskiej Wisły piękną, drewnianą gondolą.

2 tygodnie temu, w piękny, słoneczny dzień, byłem ze swoim bratem w Krakowie, aby załatwić kilka spraw, a przy okazji pochodzić po urokliwych, krakowskich uliczkach i coś zwiedzić. Najpierw porwało nas na rynek. W jednej z kawiarń zamówiliśmy sobie truskawkowe mrożone napoje. Gdy odebraliśmy zamówienie, zaczęliśmy się włóczyć po płycie rynkowej - Sukiennice, Kościół Mariacki, a na samym końcu usiedliśmy sobie przy ratuszu, aby spokojnie dokończyć pić tę truskawkową "ambrozję".
Po jakiejś godzinie, wyszliśmy na Grodzką i zmierzaliśmy w kierunku Wawelu. W pewnym momencie jednak, postanowiłem skręcić na Planty, aby iść bardziej cienistą i chłodniejszą trasą, a przy okazji pokazać bratu liceum, do którego zamierzam iść od września. Wchodząc na Planty, od razu można było poczuć delikatne orzeźwienie i ochłodzenie, które dawały nam rozłożyste korony kasztanowców, a dokładniej cień, który one dawały. Kilka minut później doszliśmy pod ogromny, jasny gmach liceum nowodworskiego. Stanęliśmy i przez dłuższą wpatrywaliśmy się w te szkolne okna, do których za niedługo pewnie będę musiał poznać. Sama świadomość, że liceum to kończył chociażby największy polski malarz - Jan Matejko, wzbudzała we mnie poczucie dumy i zachwytu. Brat był zachwycony, nie tylko renomą, ale też wyglądem i stylem. Jasne ściany tego budynku, a także jego oryginalny, wyjątkowy styl, powoduje, że liceum to wygląda jak antyczna, hellenistyczna akademia. Można poczuć się, jakby się żyło w starożytnych Atenach.
Skręciliśmy na Plac na Groblach i tamtędy, małą uliczką poszliśmy nad zakole Wisły przy Wawelu. I tam doszło do nagłej i spontanicznej zmiany planów. W pewnym momencie podeszła do nas młoda kobieta, ubrana w strój kapitana statku i zaprosiła nas do skorzystania z wycieczki po Wiśle. Bardzo nas zaciekawiła ta propozycja - nigdy dotąd bowiem nie płynęliśmy łódką po tej jakże sentymentalnej, leniwej rzece, dlatego po chwili zastanowienia, postanowiliśmy wejść na dwunastoosobową, drewnianą gondolę, o pięknym imieniu - Anna, która nas od razu zachwyciła. Usiedliśmy przy dziobie łódki i zaczęliśmy cieszyć się takim stanem rzeczy.


Oprócz nas, na gondolę weszło kilka osób, głównie obcokrajowców, kapitan i pomocnica, która sama szkoliła się na kierowcę takich wycieczek.
10 minut siedzenia... i ruszyliśmy w godzinny rejs. Zamknęliśmy na chwilę oczy, aby wsłuchać się w jakże genialnie łączące się się ze sobą głosy delikatnego warkotu silnika i plusków wody. Na samym początku minęliśmy Wawel, który z perspektywy Anny na środku Wisły wyglądał bajecznie.





Po kilku minutach, dopłynęliśmy pod Kościół św. Michała Archanioła i św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Skałce. Właśnie wtedy kapitan włączył nagranie, na którym lektor opowiedział pokrótce historię tego miejsca w trzech językach: polskim, angielskim i niemieckim.
Kościół ten zawsze robi na mnie piorunujące wrażenie - jego wyjątkowy styl, kolorystyka, a także usytuowanie wzbudza we mnie zachwyt i podziw.



Gdy lektor skończył swoją wypowiedź, pomocnica kapitana, aby umilić nam jeszcze bardziej czas, puściła nam kilka piosenek, m.in. "Bałkanicę" i inne polskie biesiadne nutki. Widząc po minach obcokrajowców, można było zauważyć, że są bardzo zaciekawieni, a jednocześnie ubawieni tą naszą polską muzyką, a moje obserwacje potwierdziły się na końcu rejsu, gdy jeden z Niemców zapytał się kapitana o tytuły tych piosenek.
I tak, w muzycznym tempie dopłynęliśmy pod magiczny Kazimierz i tam zaczęliśmy się nawracać. Trochę nas to zdziwiło, bo nie minęło nawet 15 minut, a godzinny rejs miał już się wracać? Pod Wawelem się jednak wszystko rozwiązało, dlaczego tak wcześnie zawróciliśmy.









Okazało się bowiem, że rejs ten płynie na Kazimierz, później się wraca i płynie dalej na Salwator! Znam Kraków i wiedziałem, że ta drugą część będzie obfitować w większą ilość wrażeń i się nie pomyliłem! Płynąc na Kazimierz, cały czas było słychać warkoty silników, głosy ludzi spacerujących po bulwarze... natomiast droga na Salwator cechowała się cichym, spokojnym tonem. Od czasu do czasu odzywał się szum dzikich nadrzecznych lasów i trel trzciniaków.
W pewnym momencie wyjąłem rękę poza burtę i włożyłem ją do chłodnej, wiślanej wody. Krople co chwila podskakiwały, raz szybciej, raz wolniej, osiadając się na mojej gorącej od upału ręce. Zaraz po tym, druga też wylądowała w rzece i tak mijały kolejne minuty rejsu.

Po upływie 15 minut, przy starym, niedostępnym moście, który żył w otoczeniu rosnących w pobliżu dębów i akacji, zaczęliśmy się nawracać. Kapitan na naszą prośbę zatrzymał gondolę na chwilkę, abyśmy mogli jeszcze bardziej napoić się tą cudną chwilą.




Wracając, mijaliśmy Kościół św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela i klasztor Norbertanek w Krakowie, który obok Wawelu jest podobno największym kompleksem zabytkowym miasta. Na tle rzeki, zabytek ten wyglądał bardzo interesująco. Pierwszy raz widziałem ten kościół z tak bliska. Bardzo mi się spodobał, dlatego zaraz po zrobieniu kilku zdjęć powiedziałem do brata, że to jest nasz kolejny cel podróży. W sierpniu, gdy przyjedzie na kilka dni, z pewnością tam wstąpimy.

 


Gdy minęliśmy to miejsce, kapitan znów włączył nagranie z opowieścią o klasztorze Norbertanek. Jednak wiąże się z tym bardzo zabawna sytuacja: na 12 osób, Polaków było tylko dwóch - ja i mój brat. W pewnym momencie chyba o nas zapomniano, bo wersji polskiej nie usłyszeliśmy.

Godzina minęła, a to oznaczało jedno - koniec rejsu. Wychodząc i widząc nasz smutek z tym związany, kapitan zaproponował, abyśmy następnym razem wyruszyli na czterogodzinny rejs na Tyniec! Gdy usłyszeliśmy o tej propozycji, to brat od razu powiedział, że w sierpniu na pewno wyruszymy na tę wyprawę. Już nie mogę się doczekać!


Tak więc taka historia - tradycyjny "wypad" na Wawel zmienił się w ekscytującą i wspaniałą podróż gondolą po krakowskiej Wiśle. I morał z tego taki, że spontaniczne decyzje obfitują w najwięcej wrażeń i są jak najbardziej korzystne.

Do zobaczenia niebawem, napiszcie koniecznie co tam u Was słychać. Pozdrawiam i do zobaczenia! :)

niedziela, 19 czerwca 2016

Wakacyjne plany

Witajcie!
U mnie wakacje już od najbliższego piątku. 24 czerwca po raz kolejny zakończy się rok szkolny i nadejdą upragnione letnie ferie.
Tegoroczny koniec będzie z pewnością inny niż pozostałe. Po 9 latach (szkoła podstawowa i gimnazjum) opuszczam swoją ukochaną szkołę i przenoszę się do krakowskiego liceum - do "jedynki", bądź "dwójki" - zobaczymy jak szkoły rozpatrzą moje wnioski (tak więc do 1 lipca, będzie mną rządzić wielkie poddenerwowanie i stres, co będzie dalej).
Te 9 lat, ta szkoła, była moim trzecim rodzicem - wychowała, uczyła, przygotowywała do życia w wielkim i nie zawsze dobrym świecie, nagradzała za dobre i karała za złe.
Poczynając od pierwszej klasy szkoły podstawowej, po trzecią gimnazjum, zrozumiałem, jakie jest życie każdego z nas i co mniej więcej mnie interesuje, (bo tak szczerze to nadal nie wiem kim będę w przyszłości) a to wcale nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Szkoła uświadomiła mi, że jestem typowym człowiekiem renesansu. "Nic co ludzkie nie jest mi obce" - ta sentencja Terencjusza najlepiej odzwierciedla moją sytuację. Lubię wszystkie przedmioty, w każdym z nich czuję się mocny, co najlepiej pokazuje moja średnia na koniec gimnazjum.
Bycie człowiekiem renesansu ma swoje plusy i minusy. Plusem będzie na pewno to, że na wiele spraw jestem dojrzały, że mało co sprawia mi problemy. Ale minusem jest właśnie to, że nie potrafię przez to znaleźć swojej drogi życiowej - swojego celu.
Do liceum idę na profil biologiczno-chemiczno-matematyczny, bądź biologiczno-chemiczno-angielski. Taką drogę wybrało mi gimnazjum. Nie wiem, jak będzie dalej i czy znowu nie zmienię swoich zainteresowań.
Po szkole podstawowej, gdy to w szóstej klasie wygrałem wojewódzki konkurs humanistyczny, mój cel był jasny - przesiedzieć gimnazjum, później na "humana" do liceum i na studia dziennikarskie.
Dzisiaj, takie zamiary nie wchodzą w rachubę.
Szczerze powiedziawszy, gimnazjum zraziło mnie nieco do przedmiotów humanistycznych, z wyjątkiem historii, którą uwielbiam i uwielbiać będę zawsze - z wyjątkiem II wojny światowej.
I tu jest kolejny problem. Tak wyszła podstawa programowa, że szkoła ponadgimnazjalna z historii zaczyna się, a jakże by nie inaczej, właśnie II wojną światową! Pewnie to mnie jeszcze bardziej zrazi do humanizmu, chociaż mam cichą nadzieję, że tak nie będzie.
Wracając do tej gimnazjalnej urazy, to nie mam bladego pojęcia, jaki czynnik na to wpłynął. Na pewno nie jest to kwestia nauczyciela, bo nasza polonistka (którą wielce z tego miejsca pozdrawiam) jest wspaniałą osobą, która zna się na rzeczy, a co najważniejsze, jej metody nauczania są bardzo dobre i osobiście nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Sama podstawa programowa też zła nie była - obfitowała w wiele ciekawych i cennych lekcji, chociaż tu pewnie mógłbym się do czegoś doczepić, np. do gramatyki, której nie wspominam i wspominać pewnie nie będę z wielką miłością.
Pewnie przyczyna tejże zmiany nie siedzi w przedmiotach humanistycznych, że są nudne, nieciekawe, czy złe, tylko wszystkiego trzeba się doszukiwać w drugiej stronie (jak to nazywam), czyli w naukach ścisłych.
Zawsze interesowała mnie przyroda i rzeczy z nią związane, ale nie pomyślałbym wcześniej, że będę ścisłowcem. Wszystko zmieniło się w pierwszej klasie gimnazjum, gdy to poznałem osobno każdy odłam "podstawówkowej" przyrody, czyli biologię, chemię, fizykę i geografię, a także matematyczne nowości.
Na początku zachwyciła mnie geografia - globus, mapy, różne obliczenia, to było coś ciekawego i interesującego. Po pierwszym pół roku gimnazjum, zachwyciłem się biologią i chemią. Tylko jakoś do fizyki się nie mogłem przekonać - stało się to dopiero na przełomie 2015 i 2016 roku.
Poznawanie anatomii człowieka, budowy zwierząt, roślin, bakterii, pierwiastki, reakcje - to stało się moją wielką naukową miłością i pewnie to długo nie zgaśnie.
Do tego jeszcze matematyka, która w gimnazjum wciągnęła mnie jak nigdy. W szkole podstawowej zawsze to było na zasadzie, "no dobra, umiem tam tę matematykę, ale po co mi to". Gimnazjum dało mi do zrozumienia, że bez dobrej zdolności rachunkowej w świecie ani rusz!
Na koniec tej gadaniny nie na temat, powiem, że te 3 lata zmieniły mnie diametralnie i boję się, że liceum ponownie zamiesza i to jeszcze bardziej. A czasu na podjęcie decyzji o swojej przyszłości jest coraz mniej...

Jeśli chodzi o pożegnanie szkoły, to mogę powiedzieć, że będzie mi brak tych nauczycieli, którzy nauczali nas zarówno w podstawówce, w gimnazjum, jak i w tym, i w tym, bo tacy też są, np. pani od plastyki, czy muzyki. Będzie mi z pewnością brak tej pewnej swobody na linii nauczyciel - uczeń. W liceum nie będzie już "Proszę Pani/Pana!", tylko "Pani/Panie Profesor(ze)!". Ta zmiana, choć wydawać by się mogła kosmetyczna, może narobić dużo komplikacji. Ale jeszcze się nie staram tym przejmować.
Będzie mi pewnie też brakować niektórych kolegów, koleżanek, z którymi się zżyłem, a tu nagle nasze drogi się rozejdą. Mam nadzieję, że to nie spowoduje, że stracimy ze sobą kontakt, wręcz przeciwnie - umocni nas to ze sobą i jeszcze bardziej zjednoczy.
No dobra - już koniec tych wspomnień. Trzeba iść w świat! Poznawać nowy teren, nowych ludzi, nowy świat!

Ale zanim to wszystko, to od następnego tygodnia czeka mnie 2-miesięczna przerwa. Oj przydałoby się więcej czasu, bo naprawdę planów jest dużo, a czas biegnie nieubłaganie.

Planem numer jeden, jest podjęcie wakacyjnej pracy, chociaż na miesiąc. Po 16 latach, czas w końcu częściowo poznać prawdziwe życie, które mnie czeka. Na pewno taka rzecz, wykształtowałaby we mnie wiele cech, które pomogą mi w dalszym życiu - być twardszym, silniejszym i walczyć o swoje. A to na pewno mi się przyda w renomowanym krakowskim liceum. Chcę, abym przez tą pracę wydoroślał i zamknął za sobą etap dzieciństwa.
W lipcu mam zamiar wyjechać na miesiąc do Londynu i tam podjąć się pracy w sklepie odzieżowym. Jeśli ten plan nie wypali, to mam zamiar iść do centrum ogrodniczego, który znajduje się w mojej okolicy. Zobaczymy, jak się to rozwinie, będę na pewno o tym pisać przy okazji. :)

Kolejnym planem jest występowanie w chórze Tutte Le Corde przy gminnym Centrum Kultury. 2 tygodnie temu pisała do mnie jedna z chórzystek - pani Ania, która słyszała moje występy na kilku konkursach piosenki i mówiła, że bardzo jej się podoba moja barwa głosu. Zaproponowała mi, abym się do tego chóru zapisał. W piątek byłem na pierwszej próbie i jestem bardzo z tego zadowolony. Przyjechałem tam parę minut przed 19:00, pani Ania wyszła, przedstawiła mnie dyrygentce, która sprawdziła moje możliwości i przydzieliła mnie do grupy basów. Około 19:30, 20 osób pobrało sobie stołki z widowni, umiejscowiliśmy się na scenie i podzieliliśmy się na cztery grupy: soprany, alty, tenory i basy. Na samym początku próby, dyrygentka przedstawiła mnie grupie i każdy ze mną się przywitał poprzez podanie ręki i wymianę imion. Byłem bardzo zaskoczony, że Ci ludzie są tak inteligentni i dobrze wychowani. Bardzo mi się to spodobało. Następnie rozgrzewaliśmy się około 20 minut, śpiewając różne "lalala", "tratata" itp. Po rozgrzewce wzięliśmy się do pracy. Dostałem swoje pierwsze nuty i zaczęło się... W piątek ćwiczyliśmy 1,5 godziny dwie pieśni: "Hymn III Tysiąclecia" oraz "Bohemian Rhapsody" grupy Queen. Piękne utwory, zwłaszcza wtedy, gdy są śpiewane na cztery głosy. Coś wspaniałego!
W tym momencie ćwiczymy już na 2 występy, które odbędą się we wrześniu i październiku.

Planem numer trzy jest przeczytanie legend polskiej literatury: "Pan Tadeusz", trylogia, "Quo Vadis", "Chłopi", "Wesele", czy "Nad Niemnem", który w tym momencie czytam. Od dawna miałem coś takiego w zamiarach, ale w tym roku się zepnę i zrealizuję ten cel. Według mnie, każdy prawdziwy patriota powinien zrobić to samo. To rozwój naszego patriotyzmu, naszej tożsamości narodowej. A poza tym czytać warto, z wielu powodów, o których mówić nie będę, bo o tym każdy wie.

W planach mam jeszcze założenie kanału na YouTube, w którym będę opowiadał o swoich pasjach, przygodach, będę radził, przedstawiał swój ogród, zdolności i talenty. Zobaczymy kiedy i czy to nastąpi. Chciałbym, ale nie jestem tego pewien.

Oczywiście oprócz celów "pracowitych" mam też w planach długo oczekiwany odpoczynek, wyjazd na wakacje (Budapeszt, Wiedeń, Bratysława - w sierpniu), uprawa roślinek, ogród, a także aktywne spędzanie czasu. Bo jak nie w wakacje, to kiedy?
Tylko szkoda, że zanim się obejrzę, to będzie już koniec sierpnia i nowy rok szkolny. :(

A Wy, jak tam z Waszymi planami? Piszcie koniecznie!
Teraz będę się starał, abym w tym harmonogramie jednak znaleźć czas na bloga, na napisanie czegoś i odwiedzenie waszych blogów, bo szczerze stęskniłem się za tym.

A na koniec takie 2 zdjęcia pięknego zachodu słońca, który uchwyciłem wracając ze spaceru po okolicy.



Tak więc pozdrawiam Was i do następnego razu! :)

środa, 15 czerwca 2016

Pozdrawiam!

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie. Wierzę, że wrócę niebawem, ale na razie nie ma zbytnio chęci do pisania - jestem szkolnie "wypalony" i muszę odpocząć. :)
Oto dowód:


Nazwisko zamazałem, bo nie musi każdy go znać. :)

Liczę, że o mnie nie zapomnicie, ale jeszcze poczekajcie. Wrócę ze zdwojoną siłą! :)
Miłej nocy! :)

niedziela, 15 maja 2016

"Chwalcie łąki umajone...", czyli piękna majowa tradycja

Witam!
14. dzień maja podarował nam ciężkie chmury i deszcz.
No właśnie... maj. Słotny, ciepły miesiąc z piękną tradycją - nabożeństwami majowymi przy wiejskich kapliczkach.
Ja mam o tyle szczęście, że w 1899 roku, mój prapradziadek - Wawrzyniec, wybudował przy drodze kapliczkę Serca Pana Jezusa i Matki Bożej Miłosiernego Serca.
Majówki pod nią odbywają się rokrocznie od wielu, wielu lat. Już tyle ludzi przewinęło się w historii tutejszych majówek - młodzi i starsi; kobiety i mężczyźni. Wielu z nich już odeszło z tego świata, ale z pewnością do dzisiaj śpiewają razem z nami w niebie.
Ja jestem stałym bywalcem już od 7 lat. Zaczęło się od pierwszokomunijnego roku i tak zostało do dzisiaj.
Ostatnio przeglądałem zdjęcia i byłem w szoku, jak te 7 lat zmieniły tamtą okolicę i samą kapliczkę.

Tak wyglądała kapliczka w roku 2009:




Tak kapliczka wygląda w tym roku:



Taka zmiana, a kapliczka i tak cieszy oko. Najbardziej zdziwiło mnie to, jak gwałtownie urosły pobliskie żywotniki. Razem z tatą, mieliśmy przycinać w tym roku te krzewy, ale uczestnicy majówek powiedzieli, że z takimi dużymi tujami jest przytulniej i milej. Zdanie uszanowaliśmy i żywotniki rosną dalej. Oprócz tego, na prośbę pań, doniesiona została ławeczka. :)
W tym roku pod naszą kapliczką śpiewa 10 osób - nie za dużo, nie za mało, w sam raz: pani Marysia, dwie panie Krawczyk, pani Dobosz, pani Kazia, pani Jola, pani Marta, pani Hania, Mateusz i ja.


Majówkę zawsze zaczynamy o godzinie 19:30, od śpiewania "O Maryjo witam Cię...". Po tym śpiewamy litanię loretańską, antyfonę i modlitwę św. Bernarda.
Później śpiewamy kto co dopowie, na jaki pomysł ktoś z nas wpadnie. Ale jest jedna reguła: zawsze na "pierwszy ogień" - "Chwalcie łąki umajone".

Oto pieśni, które najchętniej wykonujemy podczas nabożeństw majowych (kliknij aby powiększyć!):






Oczywiście są jeszcze inne pieśni, np. "Dążym do Twej kaplicy" itd., ale one są śpiewane rzadziej. Na "liście przebojów" są np. "Królowej anielskiej", "Zapada zmrok", czy "Po górach, dolinach". Te pieśni śpiewamy praktycznie codziennie, głównie za sprawą małych dzieci.

Po 30-45 minutach, żegnamy Maryję i Jezusa, po czym wracamy do domów.

Majówki, to cudowne wydarzenie. Wokół tego chaosu świata, przyjść na te kilkanaście minut pod kapliczkę i coś zaśpiewać, to jest coś czego potrzebuje każdy człowiek - wyciszenia i spokoju. Ja zawsze staram się znaleźć czas, aby wysławiać Maryję pod kapliczką, bo jak mówił św. Augustyn: "Kto śpiewa, ten dwa razy się modli". :)

Napiszcie mi koniecznie jak wygląda Wasza majówka. A tymczasem pozdrawiam Was i do zobaczenia! :)