poniedziałek, 9 lipca 2018

Podróże #38: Skamieniałe Miasto w Ciężkowicach

Witam!
Wakacje to czas odkrywania coraz to nowszych i bardziej zadziwiających miejsc. Ostatnio byłem w rezerwacie przyrody "Skamieniałe Miasto" w podtarnowskich Ciężkowicach. Przed samą wizytą moje nastawienie kierowało się bardziej w stronę pesymizmu niż optymizmu, ale dziś zapewniam, że to miejsce jest jak najbardziej na duży plus.
Rezerwat ten chroni zespół skał, które w wyniku działania wiatru, wody, czy słońca przybrały dziwaczne, a zarazem urzekające kształty.

Z powstaniem Skamieniałego Miasta wiąże się również legenda, o to jej treść:

Dawno, dawno temu na szczycie dzisiejszego wzgórza Skała wznosił się warowny zamek. U jego stóp rozciągało się tętniące życiem miasto Ciężkowice. W zamku mieszkał rycerz Cieszko, który wszystko to zbudował własnymi siłami i ciągle powiększał swój majątek. Z wieży twierdzy często ogarniał swoje włości. Ciągnęły się prawie nieprzerwanie - prawie - bo po drugiej stronie [rzeki] Białej znajdowała się przepiękna wieś Kąśna należąca do Rożena z Rożnowa. Mimo wielu nalegań Cieszki Rożen za żadne skarby nie chciał odsprzedać posiadłości. Z tego też powodu na twarzy władcy Ciężkowic często gościł smutek.
Pewnego razu, będąc na wieży, Cieszko zauważył na drodze od strony Kąśnej tuman kurzu. Po chwili na dziedziniec zamkowy wjechał na rumaku jeździec. Jakież było zdziwienie Cieszka, kiedy z konia zeskoczyła "rzadkiej urody dziewica" i zaczęła błagać go, aby skrył ją przed panem z Rożnowa, od którego właśnie uciekła. Cieszko, wierny polskiemu prawu gościnności, wzniósł prawicę i przyrzekł uroczyście, że za żadne skarby tego świata nie wyda jej sąsiadowi zza rzeki. Wtem na dziedziniec wpadł zakuty w stal Rożen i grożąc zniszczeniem miasta i śmiercią jego mieszkańców, zażądał wydania zbiega.
Cieszko jednak nie uląkł się groźby. Wtedy przebiegły Rożen obrał inną taktykę. Wiedząc, jak panu z Ciężkowic zależy na Kąśnej, zaproponował sędziwemu rycerzowi zamianę dziewicy na wieś. Na te słowa zaświeciły się oczy Cieszka, uderzył w prawicę Rożena z okrzykiem: "Zgoda!". Tak opisał to w 1861 roku Feliks Piasecki: 

"Zgoda!", gdy rycerz powtórzył z Rożnowa,
Dziewica z jękiem boleści skonała.
I naraz cisza nastała grobowa,
I dwóch rycerzy skamieniały ciała.
Bóg skarał srogo gwałt ten gościnności;
Bo gdzie się wznosił zamek okazały
I gród stał, dzisiaj olbrzymiej wielkości
W dziwacznych kształtach sterczą nagie skały.

Szlak przez rezerwat rozpoczyna się przy skale zwanej Grunwald. Jest ona największą w całym Skamieniałym Mieście. Na ścianie od strony drogi znajduje się wykuta tablica upamiętniająca 500-lecie bitwy pod Grunwaldem z 1910 roku. Dla miasta była to ważna uroczystość, ponieważ w tejże bitwie uczestniczyło sześciu mieszkańców walczących w chorągwi Zygmunta z Bobowej. Ciężkowiczanie postanowili uczcić rocznicę nadając skale nazwę "Grunwald" (wcześniej nazywała się "Piekło"). W 2010 roku obok skały postanowiono dwa ogromne drewniane mecze (nawiązanie do "Krzyżaków" Sienkiewicza).




Obok Grunwaldu znajduje się Bar pod Grunwaldem otoczony kilkoma straganami z ekologiczną żywnością (chleb na naturalnym zakwasie, łąckie jabłka, soki). Obok niego znajduje się wejście do rezerwatu, gdzie nas przywitał padalec! 😃 Pierwsze dwie skały za bramą to Warownia Dolna i Górna. Razem tworzą coś w rodzaju bramy, broniącej dostępu do dalszej części "miasta".











Za Warowniami wznoszą się skały z grupy Borsuka. Pierwszą z nich jest Orzeł zawdzięczający swoją nazwę charakterystycznemu kształtowi, w którym wyraźnie widać podniesioną dumnie głowę i rozpostarte skrzydła.


Kilkanaście metrów wyżej znajduje się Piekiełko. Skała posiada charakterystyczne czerwonordzawe zabarwienie będące wynikiem występowania związków żelaza. Według legendy jednak, kolor ma brać się od oparów siarki ulatniających się z ognia piekielnego, który pochłonął niegdysiejsze miasto.



Kolejną skałą jest Borsuk, zwana tak, gdyż jej szczyt przypomina borsuczą głowę. Legenda mówi, że jest to skąpy rycerz, który ukarany po śmierci, został zamieniony w skamieniałego borsuka.



Następnie ścieżka prowadzi przez niewielką polanę, na której końcu stoi kolejna skała - Piramida.



Dalej idąc niebieskim szlakiem mijamy Pustelnię, która według legendy jest zamienionym w skałę domkiem pustelnika, który upominał mieszkańców, by prowadzili uczciwe i pobożne życie. Obok Pustelni znajduje się wiata turystyczna, a za nią malowniczy widok na okolicę Ciężkowic.








Po mocnym podejściu do góry, oczom ukazuje się Baszta Paderewskiego. Wspomina ona wybitnego pianista i premiera RP - Ignacego Jana Paderewskiego, który w latach 1897-1903 był właścicielem majątku w pobliskiej Kąśnej Dolnej. Do dziś w tejże miejscowości stoi jego dom, który pełni obecnie funkcję muzeum.



Kolejne skały, które mijamy na szlaku, to Cyganka, Grzybek oraz Skałka z Krzyżem (wieńczy jej szczyt), z którego rozciąga się piękny widok na Ciężkowice.


Cyganka

Grzybek

Skałka z Krzyżem

Kolejna część trasy, to wąwóz prowadzący do ciężkowickiego wodospadu, który rozpoczyna się niewielką, drewnianą bramą. Po 10-15 minutach drogi, po przejściu kładki nad dopływem Ostruszanki ukazuje się Wąwóz Czarownic bezpośrednio prowadzący do wodospadu (w zimie lodospadu). Niestety, długotrwała susza nie pozwoliła zobaczyć spadającej wody z półek skalnych, ale i tak widok zapiera dech w piersiach.






Wąwóz Czarownic z wodospadem
Niezwykle urokliwe miejsce, szlak malowniczy, choć nieco wymagający, zwłaszcza przy mocnych podejściach pod górę, ale warto zobaczyć te wszystkie skały i przekonać się na własne oczy, jakim cudotwórcą jest natura.
Pozdrawiam i do zobaczenia! :)

środa, 27 czerwca 2018

Czerwcowe pola w zieleni, złocie i fiolecie

Witam!
Ostatnio ciężko znaleźć nam miejsce, w którym można odpocząć i oderwać się nieco od wszego harmidru, panującego bezlitośnie. Czasami naprawdę jestem wdzięczny losowi, że pomimo tego iż całe dnie przesiaduję w Krakowie, który mimo swego piękna, dusi wiecznymi korkami na drogach, smogiem i wszechobecnym hałasem, resztę czasu mogę spędzić na wsi, nieco spokojniejszej i bardziej przyjaznej dla duszy i ciała. Jednak ten przysłówek "nieco" trochę psuje tę wiejską sielankę, do której nas tak ochoczo przekonywał chociażby Kochanowski. W dzisiejszych czasach, w XXI wieku, nawet i wieś zaczyna ślepo dążyć, aby nazywano ją miasteczkiem, czy nawet małym miastem, bo to jest tak nowoczesne i na czasie.
Na szczęście jednak nie jest tak w każdym przypadku, przez co czasem i ja mam jeszcze taką możliwość, by dosłownie parę kroków od domu, mogę poobserwować ten jakże osobliwy wiejski krajobraz.
Czerwcowe pola są chyba najbardziej kolorowe i urzekające; złocące się od dojrzewającej pszenicy i jęczmienia, zielone od jeszcze niedojrzałych zbóż, fioletowe od połaci facelii, która nie bez powodu jest nazywana "przyjaciółką pszczół", szafirowe od delikatnych kęp bławatków i całego sklepienia nieba, które zamyka tę całą boską kompozycję, białe od rumianów, czerwone od pojedynczych, skromnych, lecz rzucających się w oczy maków, beżowe od drobnego pyłu pokrywającego polną drogę... W takich miejscach można znaleźć każdy kolor, o jakim tylko człowiek zapragnie, ale co najważniejsze, zostawić za sobą codzienne problemy, obowiązki, myśli skupione nie wiadomo na co i chwilę popatrzeć na tę przyjemną fuzję barw, dźwięków i zapachów.














Na koniec zostawiam Was z wyżej wspominanym Janem Kochanowskim. Wiersz, mimo że znany, to za każdym razem wprowadza w przyjemny nastrój. Ja go bardzo lubię.


PIEŚŃ ŚWIĘTOJAŃSKA O SOBÓTCE (PANNA XII)
Wsi spokojna, wsi wesoła!
Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki
Może wspomnieć zaraz wszytki?


Człowiek z tej pieczy uczciwie
Bez wszelakiej lichwy żywie,
Pobożne jego staranie
I bezpieczne nabywanie.


Inszy się ciągną przy dworze
Albo żeglują przez morze,
Gdzie człowieka wicher pędzi,
A śmierć bliżej niż na piędzi.


Najdziesz, kto w płat język dawa,
A radę na funt przedawa;
Krwią drudzy zysk oblewają,
Gardła na to odważają.·


Oracz pługiem zarznie w ziemię,
Stąd i siebie i swe plemię,
Stąd roczną czeladź i wszytek
Opatruje swój dobytek.


Jemu sady obradzają,
Jemu pszczoły miód dawają,
Nań przychodzi z owiec wełna
I zagroda jagniąt pełna;


On łąki, on pola kosi,
A do gumna wszytko nosi.
Skoro ten siew odprawiemy,
Komin w koło obsiędziemy;


Tam już pieśni rozmaite,
Tam będą gadki pokryte,
Tam trefne pląsy z ukłony,
Tam cenar, tam i goniony.


A gospodarz wziąwszy siatkę
Idzie mrokiem na usadkę,
Abo sidła stawia w lesie;
Jednak zawżdy co przyniesie.


W rzece na gęste więcierze
Czasem wędą ryby bierze;

A rozliczni ptacy wkoło
Ozywają się wesoło;


Stada igrają przy wodzie,
A sam pasterz siedząc w chłodzie
Gra w piszczałkę proste pieśni,
A faunowie skaczą leśni.


Za tym sprzętna gospodyni
O wieczerzy pilność czyni,
Mając doma ten dostatek,
Że się obejdzie bez jatek;


Ona sama bydło liczy,
Kiedy z pola idąc, ryczy,
Ona i spuszczać pomoże;
Męża wzmaga jako może.


A niedorośli wnukowie,
Chyląc się ku starszej głowie,
Wykną przestawać na male,
Wstyd i cnotę chować w cale.


Dzień tu; ale insze zorze
Zapadłyby znowu w morze,
Niżby mój głos wyrzekł wszytki
Wieśne wczasy i pożytki. 



Pozdrawiam i do zobaczenia!😀

środa, 7 marca 2018

Pięć lat minęło jak jeden dzień...

Dobry wieczór!
Dzisiaj mija już pięć lat od momentu, kiedy na to na tym blogu pojawił się pierwszy post. Dla kogoś piąta rocznica nie jest jakimś bardzo szczególnym osiągnięciem, dla kogoś innego może być, ale dla twórcy, dla tego kto podarował tu namiastkę siebie i swojego życia, czyli dla mnie, tyle lat działania bloga, prawie że nieustannego, jest czymś ważnym, a zarazem pięknym.
W szóstej klasie szkoły podstawowej, kiedy zakładałem ten blog, nigdy bym nie pomyślał, że będąc w gimnazjum, w liceum, będę nadal tutaj aktywny i będę dzielił się z Wami tym, co w życiu ciekawe oraz miłe dla oka. Wierzę, że to pięciolecie to dopiero początek, że mimo nauki, wielu różnych innych obowiązków, będę tutaj zaglądać i publikować posty, tylko wtedy gdy czas, wena i siły pozwolą.
Blog to nie tylko posty, ale także i społeczność - wszystkich tych, którzy tutaj zaglądają, czytają to co chcę powiedzieć oraz dzielą się ze mną swoimi opiniami oraz wrażeniami - i to w tym wszystkim jest najpiękniejsze - blog, coś wirtualnego, co potrafi łączyć innych twórców, a także obserwatorów. Każdemu z osobna pragnę właśnie podziękować za to, bo bez odbiorców i czytelników, nawet najbardziej kolorowy i pomysłowy blog staje się bezsensem.

Jako że bardzo lubię wszelkiego rodzaju statystyki, to pozwolę sobie odnotować sobie najważniejsze liczby oraz ciekawostki tych ostatnich pięciu lat:
  • prawie 62000 wizyt na blogu, co dla mnie jest osobiście niesamowitym wyczynem;
  • najwięcej czytelników pochodzi oczywiście z Polski, a dalej: ze Stanów Zjednoczonych, Rosji, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii oraz Tajlandii;
  • bloga odwiedzały również osoby z takich państw jak np. Wietnam, Chile, Martynika, Singapur, Kolumbia, czy Zambia (egzotyczność zawsze w cenie 😄);
  • 115 stałych obserwatorów, z czego jestem również bardzo, ale to bardzo zadowolony;
  • 2162 komentarzy pod wszystkimi postami, których stworzyłem 156 (ten ma numer 157).
Te statystyki są również dzięki Wam, więc jeszcze raz bardzo, ale to bardzo dziękuję!

Niestety w tym roku ze względu na brak czasu nie udało mi się zorganizować żadnego konkursu ani candy, aczkolwiek planuję to zmienić w okolicach wakacji, więc bądźcie czujni! 😉

Na blogu podejmuję różne tematy, ale główny prym wiodą zdecydowanie podróże, czyli największa miłość mojego życia. Tak więc z okazji jubileuszu zapraszam na krótki spacer po moich ulubionych zakątkach świata.

Praga (Mała Strana)

Kraków

Planty zimą są najpiękniejsze

 
Tatry

Ukochany Londyn

Gdańsk
 
 
Wrocław ♥





Jeszcze raz dziękuję Wam za te pięć lat i życzę sobie i Wam kolejnych pięciu, dziesięciu, stu lat! :)

P.S. Zapraszam do głosowania w plebiscycie "Podróż Roku 2017" - sonda znajduje się w prawym pasku bocznym bloga - liczę na Was, bo im więcej głosów, tym wynik bardziej sprawiedliwy i zasłużony.

Do zobaczenia następnym razem!

sobota, 24 lutego 2018

Lutowa sinusoida

Witam!
W polskiej tradycji marzec jest porównywany do garnca, bo potrafi być tak zmienny pogodowo. Jednak dzisiejszy dzień, przynajmniej w moim odczuciu, był jeszcze bardziej fikuśny i zamieszany niż niejeden marcowy. Rano przed ósmą pochmurno, ale sucho, bez żadnych opadów, około ósmej rozpętała się ogromna śnieżyca i w mig cały ogród pokrył się śniegiem. Godzinę później rozchmurzyło się i gdyby nigdy nic, zaświeciło ostre, zimowe słońce. Od tej pory, co godzinę na zmianę: słońce i śnieżyca, słońce i śnieżyca... Po południu zaś obie skrajności się połączyły i do tego momentu na błękitnym tle pada drobny, choć dość gęsty śnieżek.





Ta lutowa sinusoida nie panuje wyłącznie za oknem, bo u mnie ostatnio też takowa sobie powolutku płynie. Jutro kończą się ferie zimowe, od poniedziałku zacznie się ponownie całodzienny tryb szkolny przepełniony sprawdzianami, kartkówkami i odpowiedziami. Jednak mimo ferii, nawet w tym czasie nie udało się uciec od nauki, a to głównie za sprawą drugiego etapu olimpiady z języka polskiego, który pisałem w ubiegłą sobotę. Od 9 do 16 każdy uczestnik miał dwa zadania do wykonania: pierwszym było napisanie wypracowania, rozprawki lub interpretacji, na jeden z ośmiu podanych tematów (cztery tematy dotyczyły rozprawki, cztery kolejne interpretacji, ale tylko jeden temat do wybrania), co trwało 4 godziny, zaś później po małej przerwie, wróciliśmy na szkolną aulę by napisać półtoragodzinny test gramatyczny.
Po wyczytaniu wszystkich ośmiu tematów od razu sobie pomyślałem, że napiszę rozprawkę o motywie utraconego raju w literaturze. Według mnie ten temat można było rozwinąć na wiele różnych sposobów, a zarazem pokazać zupełnie inny wymiar tytułowego 'raju' - nie tylko jako fizycznego miejsca, ale także wartości. Praca powstawała trzy godziny i zatrzymała się w ostatnich linijkach piątej strony.
Test gramatyczny sam w sobie był dość prosty, ale lepiej niczego nie zapeszać, wyniki są przewidziane na najbliższą środę i dopiero wtedy się przekonamy jak poszło.
Jeśli udałoby mi się przejść dalej, to 10 marca odbędzie się druga część drugiego etapu, w którym broni się pracy olimpijskiej z pierwszego etapu. Zaliczenie obrony skutkowałoby tytułem finalisty i 100% na maturze z języka polskiego, co na pewno pozwoliłoby skupić się bardziej na rozszerzeniach. Jednakże są to tak dalekosiężne plany i cele, że w tej chwili staram się myśleć co najwyżej o środowych wynikach i trzymać kciuki, a nuż się uda.

Ta końcówka lutego powoli daje o sobie znać - śnieżyce, prawie cały czas szaro, mglisto, ponuro, a do tego wielki mróz... Aż wracam pamięcią do czasów, gdy zimę można było nazwać zimą i właśnie taka pogoda towarzyszyła nie tylko przez jeden tydzień, ale przez kilka dobrych miesięcy (no powiedzmy, że słońca było o wiele więcej niż teraz). Gdy nadchodziły ferie, a śniegu leżało na pół metra, razem z moją koleżanką z sąsiedztwa braliśmy sanki, plastikowe narty i potrafiliśmy zjeżdżać z niewielkiej górki nieopodal mojego domu od rana do wieczora. To były czasy...

Ostatnio przeglądałem folder z wierszami i zauważyłem taki jeden, którego na blogu jeszcze nie publikowałem, a że dość dobrze się wplata w klimat dzisiejszego posta, to na sam koniec przedstawiam Wam wiersz "Sama" powstały w tamte wakacje o czwartej nad ranem (więcej TUTAJ):






P.S. Zapraszam do głosowania w plebiscycie "Podróż Roku 2017" - sonda na prawym pasku bocznym. ;)

Pozdrawiam i do zobaczenia! :)

czwartek, 15 lutego 2018

Podróże #37: Bazylea i Illzach (Europejskie Spotkanie Młodych Taize)

Witam wszystkich!
W końcu nadeszły jakże upragnione przez wszystkich ferie zimowe, dlatego też mogłem znaleźć chwilkę czasu, aby poopowiadać, co się podziało przez ostatnie 2 miesiące.
Post głównie poświęcę pielgrzymce do Bazylei, ale słowo wspomnę o moich zmaganiach w olimpiadzie z języka polskiego o której pisałem w ostatnim poście. Praca z pierwszego etapu, oceniona na 80%, pozwoliła mi awansować do kolejnej części konkursu. Już w tę sobotę czeka mnie około 7 niezwykle ciężkich godzin, w trakcie których będę musiał napisać wypracowanie (temat poznam dopiero na samym konkursie) oraz test gramatyczny. Trzymajcie kciuki!

Zapewne pamiętacie, jak w ostatnim poście pisałem również, że pod koniec grudnia wezmę udział w 40. Europejskim Spotkaniu Młodych Taize w Bazylei. Dzisiaj więc zabiorę Was na krótki spacer po tym pięknym szwajcarskim mieście, opowiem przy okazji, jak wyglądała ta cała impreza, a także pokażę niewielkie, francuskie miasteczko - Illzach, w którym moja grupa miała nocleg.

Na wyjazd pojechałem z grupą z krakowskiego kościoła Karmelitów. Do Bazylei wyjechaliśmy 27 grudnia o 14:00 po mszy świętej. Jechaliśmy 18 godzin, po drodze mijając Katowice, Opole, Wrocław, Drezno, Norymbergę oraz Karlsruhe.

Pierwszym punktem naszego pobytu w Bazylei była rejestracja w St. Jakobshalle, a zaraz po niej, cała nasza grupa otrzymała garść szczegółowych informacji od polskich wolontariuszy, którzy dodatkowo mieli za zadanie przydzielić nas do parafii, w których będziemy mieli nocleg. Bazylea leży na styku trzech państw, tj. Niemiec, Francji i Szwajcarii oczywiście, dlatego też istniało po 33% szans, że zostaniemy przydzieleni do jednego z tych krajów. Ja prosiłem tylko o to, abyśmy wylądowali we Francji, ponieważ Szwajcaria nie należy do UE więc opłaty komórkowe są o wiele, wiele wyższe, a za Niemcami nie przepadam. 😄😄





Udało się! Nasza 25-osobowa grupa została podzielona na 3 mniejsze i każda z nich powędrowała do innego państwa. Moją grupkę przydzielono do parafii w Illzach niedaleko Mulhouse (Miluzy) we francuskiej Alzacji. Z walizkami, plecakami musieliśmy dotrzeć do tamtego miejsca, co nas kosztowało około 2 godziny i 4 przesiadki (2 razy autobusem, raz tramwajem, a raz pociągiem), ale ile było przy tym frajdy, a zarazem pomocy i wsparcia!
W kościele św. Bernarda w Illzach otrzymaliśmy niewielki poczęstunek (herbata, croissant oraz różnego rodzaju ciasta), a zaraz po nim dostaliśmy konkretne informacje, gdzie i u kogo będziemy mieć nocleg.

Po dotarciu do domów gospodarzy, chwilowym zapoznaniu się z nimi i krótkiej regeneracji, jeszcze tego samego dnia ruszyliśmy z powrotem do Bazylei, gdzie otrzymaliśmy prowiant, a po zjedzeniu go na płycie parkingu samochodowego, weszliśmy do St. Jakobsarena na wieczorną modlitwę i śpiewanie kanonów.
Z kolacjami w Bazylei była dość ciekawa sprawa. Co wieczór dostawaliśmy bułkę, jakieś masło, serki, jabłko, tradycyjnie jak na Taize mandarynki, wodę oraz ciepłą zupę - co dzień inna (raz z soczewicą, raz minestrone, raz warzywna z ryżem), ale jak bardzo rekompensowała to zimno zewsząd bijące. Zwłaszcza, że jak pisałem wyżej, miejscem konsumpcji była płyta pobliskiego parkingu samochodowego; bez ciepłych kurtek i karimat naprawdę łatwo o chorobę.







Kolejne 2 dni wyglądały bardzo podobnie: rano śniadanie u gospodarzy, następnie poranna modlitwa w pobliskim kościele w Illzach połączona z rozmowami o Biblii po angielsku, po niej transport do Bazylei, w której najpierw zwiedzaliśmy samo miasto, a później jechaliśmy do St. Jakobsarena na wieczorną modlitwę i około 21 ruszaliśmy pociągiem z powrotem do Illzach.
Miasto-gospodarz spotkania okazało się być bardzo przyjemnym i pięknym miejscem.


W Nowy Rok z gęb bazyliszków wypływa szampan

Bazylejska katedra (protestancka)

Kolejka po herbatę na placu przy katedrze

Widoki na Ren i Małą Bazyleę








Mnie najbardziej urzekły te drewniane okiennice, cudo!


Kościół przekształcony w Muzeum Historyczne; w Szwajcarii niestety taki los dotyka coraz więcej kościołów



Dworzec Główny
W Sylwestra, po powrocie z Bazylei udaliśmy się do kościoła w Illzach, w którym przywitaliśmy nowy rok. Wydarzeniu temu towarzyszył pokaz fajerwerków oraz bijące zewsząd ciepło człowieka; każdy każdemu składał sobie życzenia noworoczne, chociaż tak naprawdę nikt się ze sobą nie znał, czuć było radosną atmosferę i poczucie szczęścia oraz bezpieczeństwa, że można znaleźć taki niewielki skraweczek świata, na którym króluje miłość i pozytywna energia - to było ważne dla wszystkich, zarówno dla pielgrzymów, jak i mieszkańców Illzach. W mojej parafii oprócz Polaków gościli Litwini, Ukraińcy, Białorusini, Czesi, Niemcy, Austriacy, Włosi, no i oczywiście Francuzi, ci miejscowi, jak i ci z innych zakątków kraju.
Po chwili, w kościele rozpoczęło się święto Narodów, w trakcie którego każda goszcząca grupa z danego państwa przedstawiała innym coś związanego z ich ojczyzną. Mieliśmy okazję zatańczyć mazurka, pośpiewać kolęd w rozmaitych językach, ale głównie poznać inne kultury, inne spojrzenie na świat...
Około 1:30 powędrowaliśmy wszyscy do domu parafialnego, gdzie otrzymaliśmy poczęstunek od naszych francuskich przyjaciół - ciasta, sałatki, zupy, rozmaite wypieki, a wszystko było przepyszne!

Kościół w Illzach od zewnątrz...

... i od wewnątrz!






W Nowy Rok udaliśmy się na poranną Mszę Świętą do pobliskiego kościoła, po której nastąpiło pożegnanie grupy pielgrzymów przez parafian - nie obyło się bez ciepłych pożegnań, wymieniania kontaktów zarówno z innymi grupami, jak i z samymi miejscowymi, a także bez wspólnego zaśpiewania kilku piosenek na dobrą drogę powrotną.
Te chwile, ale też momenty, gdy szliśmy do kościoła, czy jechaliśmy autobusem z Miluzy dały też możliwość zauważenia piękna tych francuskich miast.

Dworzec w Basel

Przystań w Miluzie



Illzach... i znów te cudne okiennice ♥

Zbór protestancki w Illzach

Taka sielanka, jak u Kochanowskiego! Cudnie!


Zaraz po tym udaliśmy się do naszych rodzin, u których zjedliśmy noworoczny obiad, obdarowaliśmy się prezentami i pożegnaliśmy się, wierząc, że 'do zobaczenia!' kiedyś jeszcze nadejdzie.
O 16, z lotniska w St. Louis odjechał autobus powrotny do krakowskiego kościoła Karmelitów, do którego zajechaliśmy 15 godzin później.

Podczas wieczornej modlitwy w dzień przed Sylwestrem, jeden z braci Taize, Alois, ogłosił, że następne spotkanie odbędzie się w Madrycie! Nie mogę się doczekać!
Ten wyjazd pozwolił mi zbliżyć się jeszcze bardziej do Boga, przez modlitwy, rozmowy o Biblii, kazania braci o szukaniu źródeł radości (temat przewodni tego spotkania) oraz o tym, że niedaleko nas, bo w Sudanie, żyją ludzie, dla których każdy dzień jest wielkim wyzwaniem i przeszkodą - powinniśmy się cieszyć i być wdzięczni za to, że żyjemy w lepszych, godniejszych warunkach i winniśmy pomagać tym, którym ta pomoc jest naprawdę potrzebna.
Poznałem tu również mnóstwo fantastycznych ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Wizyta w Bazylei pozwoliła mi również poznać kulturę i piękno tego miasta, a także Illzach, który był niejako moim domem przez te kilka dni.

Pozdrawiam i do zobaczenia! :)