sobota, 25 marca 2017

Trochę zimy, trochę wiosny...

Witam!
Ostatni tydzień pożegnał, miejmy nadzieję, definitywnie zimę i przywitał wiosnę. I taki będzie również dzisiejszy post - trochę zimy, trochę wiosny, żeby przygody przeszłe zamknąć, a obecne otworzyć.
Na sam początek bardzo chcę podziękować za jakże liczny odbiór ostatniego posta z Zakopanem w roli głównej - ponad 400 odtworzeń i 19 komentarzy! To mnie bardzo cieszy i motywuje do dalszych działań na blogu. :)

Zgodnie z zapowiedzią, dziś co nieco opowiem o mojej pierwszej, i jak sądzę teraz na pewno nie ostatniej, wyprawie na cholerny cmentarz, który znajduje się około 1,5 km od mojego domu. Może ktoś sobie pomyśli, że skoro tak blisko, to dlaczego tej zimy dotarłem tam po raz pierwszy? Odpowiedź jest dosyć prosta - obiekt leży w szczerym polu, bardzo daleko od jakichkolwiek dróg, zabudowań, więc dojechać tam się nie da, a pieszo nie było nigdy jakoś okazji.
W te ferie jednak, razem z moim bratem oraz jamnikiem - Rudim (więcej o nim TUTAJ), postanowiliśmy odwiedzić ten teren, głównie z tego względu, iż poprzedniej jesieni odbył się remont cmentarza, więc byliśmy ciekawi efektów pracy.

Wyruszyliśmy zaraz po obiedzie. Na zewnątrz trzymał mróz, wokoło zalegała niewielka warstwa śniegu, więc warunki do chodzenia po ugorach były dość dobre (więcej o tym odcinku trasy TUTAJ). Szliśmy dobre kilka minut, aż w końcu naszym oczom ukazała się polna dróżka, prowadząca na cholerny cmentarz.



Zeszliśmy ze skarpy oddzielającej drogę od pól, po czym skierowaliśmy swoje kroki w północno-zachodnią stronę, zostawiając za sobą rozległy krajobraz Podgórza Bocheńskiego. Po chwili z lewej strony minęliśmy wierzchołek najwyżej położonego punktu w okolicy (Widnica - 252 m.n.p.m.), na którym stoją dwa zbiorniki z wodą. Z każdym kolejnym metrem, byliśmy na coraz większym pustkowiu - mroźny wiatr zaczął dąć mocniej, dzikie szaraki przeskakiwały z pola na pole w poszukiwaniu złotych ziaren kukurydzy z ostatniego sezonu, w oddali, z drugiej strony można było dostrzec pasące się stada saren i malutkie, pomarańczowe sylwetki lisów, które bardzo wyróżniały się na zimowym tle szczerego pola, zaś z powietrza i brzeziny nad potokiem nieopodal, swe odgłosy wydawały polujące myszołowy, jastrzębie, a także kolorowe trznadle, jery i dzwońce.




Dróżka skierowała się w dół widnickiego pagórka, ale zaraz, niczym sinusoida, zakręciła w górę. Obok znajdują się jeszcze dwie górki, które niegdyś, jeszcze nawet za czasów mojego dzieciństwa, były wielkim kompleksem dla dzieciaków do zjeżdżania na sankach, nartach, jabłuszkach i innych. Sam brat, który jest kilkanaście lat ode mnie starszy, często te czasy wspomina, gdy w zimowe popołudnia, po zajęciach szkolnych zbierali się tam rówieśnicy z całej miejscowości i tworzył się tam jeden wielki zimowy plac zabaw. Ja już tych czasów aż takiej świetności nie pamiętam, ale gdy miałem z sześć, osiem lat, to jeszcze niektóre dzieci wędrowały tam, aby nieco nacieszyć się możliwościami, jakie dawała zima.
Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy - dzisiejsze pokolenie dzieci, to głównie komputery, smartfony, laptopy, tablety i nic więcej. A szkoda...
Gdzieniegdzie na dróżce trzeba było uważać na ogromne kałuże, które przykrywała cienka i zdradliwa warstwa lodu. Sam nawet lekko koniuszkiem buta sprawdzałem wytrzymałość pokrywy, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia.
Po około 10 minutach wędrowania to w górę, to w dół, spostrzegliśmy niewielki zarys cmentarza. Wtedy to musieliśmy odbić z dróżki w lewo, aby dotrzeć do celu. Ostatni odcinek drogi był największym wyzwaniem, z uwagi na to, iż przemierzaliśmy pole po kukurydzy i należało zachować dużą ostrożność, aby nie zahaczyć o wystające zdrewniałe łodygi zboża. Najtrudniej miał Rudi - jego krótkie łapki, raz z większym, raz z mniejszym sukcesem pokonywały kolejne metry. W końcu jamnik opadł z sił i mój brat wziął go na ręce, aby go przeprowadzić na drugi koniec pola.
Cel był blisko. Z kroku na krok widzieliśmy go coraz wyraźniej i lepiej. Po przemierzeniu kukurydzianej parceli zostało nam około sto metrów do mety, które przebiegliśmy w błyskawicznym tempie, aby jak najszybciej tam dotrzeć.





Cmentarz robi duże wrażenie na zimowym tle. Dwuarowy teren oddzielony od pól uprawnych metalowym ogrodzeniem, poprzecinany kilkoma starymi krzyżami jedno- i dwuramiennymi usadzonymi w betonowej podstawie. W tylnej części znajduje się nieduży pomnik upamiętniający pochowanych tu ośmiu żołnierzy austriacko-węgierskich z 55. pułku piechoty oraz 13. i 14. batalionów strzelców bojowych, a także czterdziestu czterech żołnierzy rosyjskich, poległych w dniach 6, 10 i 13 grudnia 1914 roku. Na jego środku znajduje się tablica z napisem:

CMENTARZ WOJENNY CICHAWA
1914-1915
KRIEGERFRIEDHOF CICHAWA
"Wy, coś padli za ojczyznę w boju
Wróg czy przyjaciel - dokonawszy czynu
śpijcie złączeni w tej ziemi pokoju."

Na lewo, w rogu rośnie wielka lipa z rozłożystą koroną i silnym pokrojem, która na tym pustkowiu wskazuje miejsce cmentarza z odległości nawet kilkuset metrów.
Cmentarz został zaprojektowany przez Franza Starka.
Kiedyś obiektem opiekowały się dzieci z pobliskiej szkoły podstawowej, ale gdy placówkę zamknięto, pieczę nad nim przejęli mieszkańcy okolicznych wiosek.










Po zrobieniu kilku fotografii, krótkiej modlitwie i chwili zadumy, zabraliśmy się w podróż powrotną. 

Ta wyprawa była bardzo ciekawym doświadczeniem. Nie tylko miasta, nie tylko światowej sławy zabytki, ale czasem warto też dostrzec i odwiedzić te mało dostępne zakamarki, aby poznać świat z nieco innej perspektywy - ciszy, skupienia, zadumy i prawdziwej przygody.

I tym akcentem, na blogu ostatecznie żegnamy zimę i witamy wiosnę... W moim ogrodzie pierwsze jej ślady nastąpiły wraz z odejściem tych kilkunastostopniowych mrozów, które nękały i doskwierały przez ostatnie miesiące.
W najbliższym poście postaram się pokazać pierwsze efekty wiosennych porządków i pracy na ogrodzie, przedstawić plany na nowy sezon, a także... ale niech to trzecie pozostanie niespodzianką. ;)

Na do widzenia wrzucam poniżej zdjęcie jednej z kilku kępek przebiśniegów, która wyrosła w lasku.


Do zobaczenia i miłego niedzielnego wypoczynku!

P.S.
1. Ci, co jeszcze nie wzięli udziału, serdecznie zachęcam do zagłosowania w plebiscycie "Podróż Roku 2016" - sonda znajduje się na prawym pasku bocznym bloga. Czas do ostatniego dnia marca, tj. najbliższego piątku.
2. Dzisiaj o drugiej w nocy zmienia się nam czas z zimowego na letni - przesuwamy wskazówki zegara o godzinę do przodu! :)

sobota, 18 marca 2017

Podróże #30: Zakopane w zimowej odsłonie

Witam w ten ostatni zimowy piątek! Z okazji tego, że już tylko 3 dni nas dzieli od początku astronomicznej wiosny, dwa najbliższe posty będą poświęcone moim dwóm zimowych wędrówek - jednej dłuższej i jednej krótszej. Dzisiaj wyprawa do śnieżnego Zakopanego.

W tym roku, ferie zimowe w Małopolsce wypadły w pierwsze dwa tygodnie lutego. Kto jest stałym bywalcem na moim blogu, ten wie, że bardzo lubię podróżować, a ferie są bardzo wygodnym i dobrym czasem, aby gdzieniegdzie "wyemigrować". Z tego więc powodu, obmyśliłem razem ze swoim starszym bratem plan, że tym razem odwiedzimy zimową stolicę Polski, czyli Zakopane.
Byłem już kilka razy w zimie w Zakopanem, aczkolwiek jeszcze nigdy tego miasta w zimowej odsłonie nie widziałem, gdyż za każdą wizytą, mimo pory roku, po zakopiańskich ulicach lały się tylko cienkie strużki deszczówki.
Tym razem jednak prognozy pogody jednoznacznie wskazywały na to, że w końcu zobaczę zimę w zakopiańskim stylu.

Podróż zaczęliśmy o 6:30 wyjazdem z krakowskiego dworca autobusowego. Małe korki na zakopiance i dosyć dobre warunki drogowe (jedynie na odcinku Rabka - Nowy Targ mocniej prószył śnieg) spowodowały, że nieco po ponad dwóch godzinach, nasz autokar dojechał do dworca w Zakopanem. Podhalańskie krajobrazy, które widzieliśmy jadąc na miejsce, napawały nas optymizmem - zima i mróz trzymały wszędzie!


Po wyjściu z autokaru, jak to w Zakopanem bywa, na nowych turystów czekały nieco nachalne góralki z ofertami tanich noclegów. Nas na szczęście ten problem nie dotyczył, gdyż cała nasza podróż zamykała się w jednym dniu.
Z dworca ruszyliśmy w stronę Równi Krupowej. Równia ta jest czymś w rodzaju dużego parku w centralnej części miasta. Charakterystycznym obiektem, na samym krańcu placu jest duży napis "ZAKOPANE", którego litery są wyrzeźbione w drewnie w podhalańskim stylu. Pięknie się on prezentuje, a zwłaszcza na zimowym tle.


Równia Krupowa prezentowała się bajecznie - śnieżnobiałe pole poprzecinane wieloma wąskimi, szarymi dróżkami, wzdłuż których rozmieszczone są niewielkie ławeczki oraz smukłe latarnie. Nieco bardziej w oddali, nagie drzewa oddzielają park od głównej drogi i zabudowań. W pogodne dni, można stąd obserwować piękno polskich Tatr. Nam się jednak nie poszczęściło w tym aspekcie - gęsta mgła skutecznie zasłaniała Giewont i inne tatrzańskie szczyty, aczkolwiek przez to, Równia Krupowa jeszcze bardziej oddawała swój urok.



Po przejściu parku weszliśmy na Aleję 3 Maja. Na jej końcu, przy skrzyżowaniu z Krupówkami, stał niewielki pomnik upamiętniający osobę Władysława Zamoyskiego - polskiego działacza społecznego (żyjącego na przełomie XIX i XX w.), który dzięki wielu staraniom włączył do ziem polskich okolice Morskiego Oka, do tego ratował lasy tatrzańskie przed wymarciem, a także z jego inicjatywy powstała droga kolejowa Chabówka - Zakopane i szosa do miasta.


Ruszyliśmy w stronę Wielkiej Krokwi. Po niecałym kilometrze drogi, minęliśmy Kościół Tatrzański pod wezwaniem Świętego Krzyża. Ta stosunkowo młoda świątynia (konsekrowano ją 26 lat temu) robi ogromne wrażenie. Jej monumentalność, a także charakterystyczny kształt nawiązujący do architektury podhalańskiej powodował, że idealnie komponuje się w zakopiański krajobraz.


Następnym punktem wędrówki było przejście ścieżką edukacyjną, która znajduje się w niewielkim lasku sosnowym, naprzeciwko skoczni i należała pod Tatrzański Park Narodowy. Wystawa ta nosi nazwę "Rok w Tatrach" i w bardzo ciekawy sposób przedstawia faunę i florę Tatr. Najbardziej zwracającym uwagę elementem były rzeźby, które przedstawiały najbardziej znane i popularne zwierzęta Tatr - jeleni, wilka, niedźwiedzia, świstaków, kozicy i saren. Ukazywały się one naszym oczom co jakiś czas, przy coraz głębszym zapuszczaniu się w trasę. Oprócz tego mijaliśmy również mnóstwo edukacyjnych plansz, które jeszcze bardziej nas zapoznawały z tatrzańską przyrodą.


















Po zakończeniu spaceru po zakopiańskiej ścieżce edukacyjnej dotarliśmy pod Średnią i Wielką Krokiew. Pierwsza z nich, to kompleks trzech niewielkich skoczni o punktach konstrukcyjnych K85, K65 i K35. W lipcu 2008 r. z okazji setnych urodzin najwybitniejszego polskiego narciarza z okresu międzywojennego - Bronisława Czecha, kompleks został nazwany jego imieniem.
Druga z nich - Wielka Krokiew, jest największą i najstarszą skocznią narciarską w Polsce. Rokrocznie od wielu lat odbywa się tu rywalizacja najlepszych skoczków narciarskich świata w ramach Pucharu Świata, trzy razy goszczono tu mistrzostwa świata, a także ten obiekt jest miejscem walki o miano najlepszego skoczka Polski.
W zimowej scenerii wszystkie te skocznie prezentują się przepięknie. Na buli tej największej widniał jeszcze napis "Zakopane 2017", co miało związek z konkursem Pucharu Świata, który odbył się tam niecały miesiąc wcześniej.
Na mniejszym kompleksie rozgrywały się akurat jakieś zawody. W oddali można było spostrzec mikroskopijnej wielkości postacie, które próbowały podbić skocznię K35. Wszystkiemu temu towarzyszył donośny głos lektora, który po każdym oddanym skoku odczytywał wyniki: "25 metrów!, 27 metrów!, 24 metry!, 28 metrów!". Wyglądało to bardzo komicznie, aczkolwiek z drugiej strony, z każdym kolejnym skokiem coraz bardziej mnie ciekawiło, który ze śmiałków spisze się najlepiej. Niestety, czas nas nieco gonił i zakończyliśmy obserwacje po jakichś dziesięciu skokach.


Po obejrzeniu skoczni z daleka, mieliśmy zamiar ruszyć trasą, która wiedzie na miejsca dla widowni na Wielkiej Krokwi. Idąc już w tamtą stronę, nagle spostrzegliśmy niewielki, lecz rzucający się w oczy transparent, który informował o tym, że obok znajduje się mini ZOO z ptakami drapieżnymi i innymi zwierzętami.
Ja, z racji tego, że w dzieciństwie moją wielką pasją była ornitologia i wszystkie sprawy z tym związane, po prostu musiałem to miejsce odwiedzić. Najstarsi obserwatorzy bloga zapewne pamiętają, że kiedyś ten blog był poświęcony właśnie tejże dziedzinie.
Zapłaciliśmy za bilet, poszliśmy dróżką, która nam wskazała kasjerka przy kasie i po kilkunastu metrach dotarliśmy do celu.
Odczucia po zwiedzeniu tego ZOO mam dwojakie. Z jednej strony bardzo mnie cieszył fakt, że mogłem zobaczyć tyle rzadkich i ciekawych gatunków - orła przedniego, myszołowa, puchacza itp, lecz z drugiej strony twierdzę, że te ptaszki tam w tych małych klatkach czują się bardzo nieszczęśliwe. Większość z nich, to gatunki głównie górskie, a wiadomo, że takie potrzebują ogromnych przestrzeni do latania (zwłaszcza orły) oraz innych osobników, aby się rozmnażać i żyć w grupach. Tymczasem one nie dość, że żyły na około dwudziestu metrach sześciennych, to jeszcze same.
Co o tym sądzicie? Piszcie w komentarzach pod postem.









Oprócz kilkunastu klatek z drapieżnym ptactwem, kolekcję mini ZOO wzbogaca niewielka zagroda, na której żyło sobie kilka stadek muflonów, jeleni i kóz. Prezentowały się one bardzo uroczo, a co do ich zdolności w modelingu... zobaczcie sami! 😄







Po wyjściu z mini ZOO, nasze kroki skierowaliśmy ku drodze na miejsca dla widowni na Wielkiej Krokwi. Szliśmy taką drogą, jaką ja pamiętałem, gdy byłem tam 4 lata temu na szkolnej wycieczce. Pamięć moja jednak mnie nieco zawiodła i albo przegapiliśmy drogę odbijającą na widownię, albo po prostu poszliśmy złą drogą. Ale jak później miało się okazać, ta sytuacja miała same pozytywne strony.
Gdy widziałem już po terenach w jakich się znajdujemy, wiedziałem, że na skocznię nie dotrzemy. Pomimo wszystko, alejka, którą szliśmy była bardzo miła dla oka i postanowiliśmy iść naprzód.


Po jakichś dziesięciu minutach, naszym oczom ukazała się drewniana brama z napisem "Dolina Białego". W oddali, za furtką, tereny wyglądały obiecująco, więc zapłaciliśmy bilet za wstęp i ruszyliśmy w głąb Doliny Białego.



Zimowa odsłona tejże doliny była po prostu bajeczna! Po powrocie do domu specjalnie patrzyłem na internet, aby porównać sobie to co widziałem, z tym, co można zobaczyć latem. Nieporównywalnie! Wąska ścieżka, wiodąca w głąb Tatr, sąsiadowała raz z lewej, raz z prawej strony z gładkim śniegowym polem, które przecięte było wartką, czystą wodą Białego Potoku. Silne i ogromne drzewa, głównie zimozielone świerki i limby zesiwiały pod wpływem tworzącego się krystalicznego szronu. Gdzieniegdzie zza tatrzańskiego boru i gęstych kłębów mgielnych, wybijały się nagie, srebrne szczyty Tatr Zachodnich. Szosa bardzo często krzyżowała się z potokiem, nad którymi położone były brunatne, drewniane kładki. Z drugiej strony drogi rozpościerał się ciemny, ogromny las, z którego rozlegały się donośne odgłosy cietrzewi i głuszców. To dodawało jeszcze większej tajemniczości i magiczności całej okolicy.
Dzisiaj uważam, że spacer po Dolinie Białego i same jej krajobrazy, były jednym z piękniejszych momentów, które widziałem w swoim szesnastoletnim życiu. 😍






Doliną Białego wędrowaliśmy około pół godziny, dotarliśmy do 1060 m.n.p.m., po czym musieliśmy wracać na Zakopane, aby zrealizować pozostałe cele naszej podróży, ale obiecaliśmy sobie z bratem, że podczas następnej naszej wizyty w Tatrach zdobędziemy całą tą dolinę.

Wracając, minęliśmy zamkniętą sztolnię uranową. Bowiem w latach 50. ubiegłego wieku, prowadzono w dolinie poszukiwania rud uranu, wykuwając w jej prawym zboczu dwie sztolnie. Dzisiaj jedna z nich, widoczna dla turystów, jest zagrodzona drewnianą kratą.
Lód, który otulił boczne brzegi wejścia do sztolni powodował, że ten otwór wyglądał jak przejście do Krainy Lodu! 😃


Gdy wyszliśmy z doliny, nasze kroki skierowaliśmy ku najsłynniejszej zakopiańskiej uliczce - Krupówkom. Tam zjedliśmy obiad, wypiliśmy kawę w kawiarni, aby nabrać siły na ostatni cel naszej wędrówki - Gubałówkę.
Ja osobiście nie przepadam za Krupówkami. Liczne sklepy z pamiątkami, niekoniecznie związanymi z Zakopanem, wiele restauracji, tłumy ludzi na każdym kroku, a także sama architektura, która w większości nic nie ma wspólnego z podhalańską tradycją - te rzeczy powodują, iż mam takie mniemanie o tej ulicy.
Owszem, jest tam kilka zakopiańskich elementów, które szczerze bardzo lubię, ale jest więcej minusów, niż plusów.






Po krótkim odpoczynku i kupnie pamiątek dla najbliższych, ruszyliśmy w stronę Gubałówki. Między przejściem podziemnym łączącym ulice: Krupówki i Na Gubałówkę, a stacją Polskich Kolei Liniowych, po obu stronach drogi rozciągają się liczne stragany i budki: z oscypkami, kożuchami, kolorowymi chustkami, magnesami w podhalańskie wzorki, ale też z chińskimi plastikami, ubraniami, węgierskimi kołaczami (w Zakopanem ostatnio to jest wielki hit: przy skoczni, na Gubałówce, na Krupówkach, no po prosto wszędzie są te stoiska z kurtoszkołaczami), czy zakręconymi frytkami. Te ostatnie, mimo, że niezakopiańskie, to zawsze chętnie przez nas odwiedzane. Bardzo śmiesznie wygląda ich produkcja: pan trzyma na wózku maszynkę, tworzącą z ziemniaka zakręconego frytka, następnie nabija go na patyczek od szaszłyka, rozwija, aby powstała spirala i wrzuca ten ziemniaczany twór do frytury. Po usmażeniu (jakieś 2-3 minuty), posypuje gotową frytkę na patyku różnymi przyprawami - papryką, serem, ziołami, czy solą, końcówkę patyczka zawija w serwetkę i podaje.
Mimo swojego małego związku z tym miastem, zakręcona frytka na stałe zapisuje się w krajobraz Zakopanego.

Co do całej ulicy ze stoiskami - mam dość podobne zdanie, co do Krupówek, aczkolwiek wydaje mi się, że ta droga na stację Polskich Kolei Liniowych jest mniej kiczowata - więcej tam jednak tej tradycji, charakterystycznej dla podnóża Tatr - oscypków, rydzów, swojskich chustek, czy pantofli, niż tandetnej chińszczyzny.



Dotarliśmy pod stację Polskich Kolei Liniowych. To stąd odjeżdża kolejka na Gubałówkę. Po zakupieniu biletów, pobiegliśmy w stronę żółto-niebieskich wagoników, które w ciągu dwóch minut przemieściły turystów na 1123. metr nad poziomem morza - szczyt góry.
Oczywiście można wierch zdobyć w inny sposób - wychodząc na niego pieszo, ale po pierwsze, mieliśmy bardzo mało czasu, a po drugie, woleliśmy to przełożyć na letnią porę, gdy będzie bezpieczniej.

Mgła utrzymująca się nad Tatrami tego dnia, skutecznie uniemożliwiła obserwację miasta i Tatr z Gubałówki. Widać jedynie było niewielki fragment stoku narciarskiego, ale po około pięćdziesięciu metrach i on zanurzał się w siwe chmury.
Ostatni raz, gdy byliśmy tam w czerwcu ubiegłego roku, pogoda dopisała - świeciło słońce, mgła nie raczyła swoją obecnością, więc góra nam podarowała niezwykłe widoki: u góry, nieco pod białymi kłębkami małych chmurek ukazywały się potężne tatrzańskie szczyty Giewontu, Hawrania, Wielkiego i Małego Kopieńca, Świnicy, Krywania i wielu wielu innych. Pod nimi rozpościerała się panorama stolicy Tatr - Zakopanego, która o zachodzie Słońca i w godzinach nocnych wzbogacona była tysiącami światełek latarni, kamienic, chałup podhalańskich.
Na samym szczycie górowała biało-czerwona wieża radiowo-telewizyjna. Droga biegnąca pod jej podstawą, podobnie jak w wypadku Krupówek i ulicy Na Gubałówkę, po obu swoich stronach sąsiadowała z licznymi stoiskami z pamiątkami, kurtoszkołaczami, czy oscypkami, ale oprócz tego gdzieniegdzie mieściły się niewielkie restauracyjki, które oferowały gościom zarówno tradycyjne jedzenie z ich ziemi, jak i nocleg.

Specjalnie opisując szczyt Gubałówki odnoszę się do wyprawy z czerwca, gdyż podczas tej zimowej wszystko było spowite gęstą mgłą, uniemożliwiającą podziwianie czegokolwiek.








Po kilkunastu minutach wróciliśmy kolejką z powrotem na dół, po czym od razu ruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego, gdyż nasz autokar miał odjechać za niecałą godzinę.

I tak o to wyglądała zimowa przygoda w Zakopanem w wykonaniu moim i mojego brata, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam.
Jedyne, czego nie udało nam się odwiedzić ze względu na zbyt małą ilość czasu było sanktuarium na Krzeptówkach. Wierzę jednak, że podczas następnej wizyty w tym mieście nadrobimy wszystkie braki. 😃

A Wy: odwiedziliście kiedykolwiek Zakopane? A jak, to jakie macie z tym miejscem wspomnienia? Piszcie! 😃


P.S.
Przypominam o plebiscycie "Podróż Roku 2016", który trwa do końca marca. Sonda znajduje się na prawym pasku bocznym bloga.
Zapraszam Was również na serwisy społecznościowe, na których jestem aktywny i gdzie możecie dowiedzieć się jeszcze więcej:

A tymczasem do zobaczenia i wszystkim życzę miłego pierwszego dnia wiosny. To już w poniedziałek! :)