piątek, 13 października 2017

Podróże #36: Wejście i trasa na Babią Górę

Witam po dłuższej przerwie!
Szkolny sezon zaczął się na nowo. Znowu nawał pracy, mnóstwo sprawdzianów, kartkówek, testów... Dzisiaj jednak trzynastego... piątek trzynastego, a że w ten dzień dzieją się zwykle niecodzienne zdarzenia, to i ja w ten dzień zabieram Was w kolejną podróż - na Babią Górę. Było groźnie, było ciężko, ale i pięknie oraz magicznie. Zapraszam!

W ubiegłym tygodniu na kilka dni zjechał do Polski mój brat - miłośnik chodzenia po górach i zwiedzania urokliwych zakątków naszej ojczyzny. Gdy był ostatnio, nie zdążyliśmy zdobyć żadnego szczytu, dlatego tym razem postanowiliśmy wejść na najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, czyli Diablak.
Diablak jest najwyższym szczytem pasma Babiej Góry (bo jeśli wiecie lub nie wiecie, Babia Góra to nie pojedyncza góra, tylko pasmo górskie), mierzy sobie 1723 m.n.p.m., a jego wybitność wynosi ponad 1000 m!

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w Zawoi-Policzne, gdzie swój ostatni przystanek miał autobus łączący Kraków i Zawoję. Po półgodzinnym spacerze skrajem drogi wojewódzkiej nr 957, zgodnie ze strzałką niebieskiego szlaku skręciliśmy na leśną ścieżkę, która po kolejnych trzydziestu minutach zaprowadziła nas na start właściwego szlaku, czyli na Przełęcz Krowiarki.





Oczywiście wejście na Babią Górę można zacząć z Krowiarek, tylko pod warunkiem, że podjedzie się na miejsce autem. Jeśli ktoś zamierza dotrzeć tam autobusem, to nie ma innej opcji, tylko iść na nogach tak jak my albo łapać stopa.
Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, znaleźliśmy miejsce aby sobie na chwilę siąść, coś zjeść i podwoić siły przed kontynuacją naszego podboju. Gęsta mgła i chłód dający o sobie znać wszędzie nie napawały optymizmem, bardzo chcieliśmy zobaczyć piękne widoki gdy dotrzemy na szczyt, ale taki stan rzeczy po prostu uniemożliwiał to. Mimo wszystko, po zakupie biletów (2,50 zł ulgowy, 5 zł normalny) ruszyliśmy w drogę.






Pierwsza część trasy (do Sokolicy) była dość uciążliwa - strome podejście, drewniane, śliskie stopnie i zewsząd wystające kamienie powodowały, że lekko nie było. Krajobraz prezentował się jednak pięknie, niczym w romantycznej balladzie Mickiewicza - ciemny las iglasty spowity mgłą, szarugą i błyszczącymi kropelkami deszczu.
Z powrotem było jeszcze cudniej, ale o tym już niebawem.






Po niecałej godzinie drogi dotarliśmy na Sokolicę (1367 m.n.p.m), z której można podziwiać niezwykłą panoramę Zawoi i okolic. Wchodząc na Diablak, nic niestety nie ujrzeliśmy - mgła wędrowała z nami niczym wierny pies przy nodze właściciela.



Na Diablak, czerwonym szlakiem, pozostało nam około półtorej godziny drogi. Na wysokości 1400 m.n.p.m., zaczął padać... śnieg! W październiku w wysokich górach jest to coś normalnego, jednak mimo wszystko kompletnie się nie spodziewaliśmy, iż zacznie sypać. Prognozy mówiły prędzej o słońcu i przelotnym deszczu, ale nie wspomniano ni słowa o śniegu. Takie to te prognozy...
Wraz ze wzrostem wysokości padało coraz mocniej, mocniej i mocniej...
Kolejnym przystankiem na naszej drodze była Kępa (1521 m.n.p.m.) leżąca już w partii kosodrzewiny. Na drewnianym płotku leżały już długie pasma białego puchu, więc korzystając z okazji ulepiłem na szybko mini-bałwanka i umieściłem dumnie na najwyższej belce.









Z minuty na minutę coraz bardziej wzmagał się wiatr, a że szliśmy już partią niskiej kosodrzewiny, to dawał w kość. Śniegu przybywało, temperatura malała, do tego ten wicher... wszystko to bardziej przypominało wejście na himalajski szczyt, niż na, jakby się mogło zdawać, łagodny babiogórski wierzchołek.




Ostatni etap, czyli odcinek od Gówniaka (1617 m.n.p.m.) do Diablaka był zdecydowanie najcięższy - udeptana przez turystów śnieżna ścieżka momentami stawała się bardzo śliska. Do tego dość mocne, strome podejścia, mgła, mróz oraz istny huragan, nie ułatwiały zadania.
W końcu jednak dotarliśmy na szczyt. Ponad 3 godziny wejścia z Policznego na Diablak. Towarzyszyło nam ogromne zmęczenie, ale i duma. Do tej pory bowiem jeszcze nigdy nie znajdowałem się wyżej niż wtedy (oczywiście nie wliczając lotu samolotem). Zaczynaliśmy wędrówką jesiennym lasem, kończyliśmy mocno zimowym, nagim krajobrazem. Szkoda tylko, że nasze obawy się potwierdziły i mgła uniemożliwiła nam podziwianie widoków, które ponoć są bajeczne.
Przez Diablak przebiega granica polsko-słowacka, tak więc korzystając z tego przywileju, wybraliśmy się na moment za granicę, a po chwili wróciliśmy na polską stronę. I tak z kilka razy, do znudzenia.





Krótki moment, gdy przez chwilę można było zobaczyć zarys panoramy


Zejście, jak przypuszczałem, okazało się o wiele gorsze i trudniejsze, zwłaszcza na części, gdzie szlak był ośnieżony i śliski. Poślizgnięć ilość niezliczona, jednak na szczęście wróciłem cały i zdrów.
Wracając, dostrzegliśmy na Kępie grupę członków Bractwa Niepokalanów, którzy odmawiali różaniec. W ten dzień, kiedy zdobywaliśmy Babią Górę, na terenie całej Polski odbywała się akcja "Różaniec do granic" polegająca na tym, iż ludzie odmawiali różaniec wzdłuż polskich granic, aby uchronić nasz kraj od wszelkich nieszczęść.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, zmówiliśmy razem dziesiątek różańca, od braci dostaliśmy mały obrazek oraz poświęcony medalik, po czym ruszyliśmy dalej w stronę Krowiarek.



A jednak! Nie wszystko stracone! Natura zrekompensowała nam tą mgłę na szczycie Diablaka. Gdy dotarliśmy na Sokolicę, zaświeciło słońce, mgła ustała i ukazała nam się cudowna panorama na Zawoję, okoliczne pagórki, góry i lasy. To było coś pięknego, takich widoków i takich paradoksów się nie zapomina. Około pół kilometra różnicy, a światy dwa inne - śnieżna pustynia na Diablaku i jesienna panorama z Sokolicy.
Idąc w dół sosnowym borem, widok również jakże inny od tego, który nam towarzyszył na starcie. Co tu mówić, najlepiej zobaczyć zdjęcia, to one wszystko dopowiedzą.

Tamten płotek w oddali to właśnie Sokolica

Coś pięknego












Mimo trudów, kłopotów i nieoczekiwanych przygód, wejście na Diablak okazało się bardzo ciekawą przygodą, która zapadnie w pamięci na długo.

Co do bloga, to będę się starał bywać tu częściej. Jednak z jakim to będzie skutkiem? To pokaże czas.

Na sam koniec chciałbym bardzo Was zaprosić do obserwowania bloga i mnie na social media, gdzie jestem dostępny częściej:

Pozdrawiam i do następnego razu! 😌

sobota, 2 września 2017

Podróże #35: Sopockie Grodzisko i skrawek Bałtyku

Witam Was wszystkich bardzo serdecznie!
Pojutrze zabrzmi pierwszy dzwonek, a w raz z nim powrót do szkolnej, wymagającej rzeczywistości. Nowe wyzwania, zadania, więcej materiału do przerobienia i nauczenia... druga klasa liceum na pewno będzie jedną z trudniejszych, jak nie najtrudniejszych na dotychczasowej drodze. Jeśli chodzi o blog, to będę się starał bywać tu często, choć sam wynik i poprawność tych słów będzie uzależniony od czasu, który mi zostanie, ale też chęci.
Ale jeszcze zostało mi 1,5 dnia, więc chciałbym dziś pokazać i nieco przedstawić dwa magiczne miejsca w Sopocie - Grodzisko, a także molo z bałtycką wodą i piaskiem wokół.

Z Gdańska, w którym mieliśmy nocleg (szczegóły - KLIK), do Sopotu można dostać się na wiele sposobów, jednak najpopularniejsze są dwa: pociąg SKM, którym do celu dotrzemy w jakieś 20 min. lub pieszo, co zajmie około trzy godziny.
My, aby nie tracić czasu, wybraliśmy tę pierwszą opcję, czyli Szybką Koleją Miejską do sopockiego centrum.

Zaraz po wyjściu z dworca naszym oczom ukazał się Kościół św. Jerzego z 1901 roku. Ta neogotycka świątynia służyła do użytku wiernych wyznania ewangelickiego do końca II wojny światowej, kiedy to 8 maja 1945 r. przekazano ją polubownie na potrzeby duszpasterstwa wojskowego Kościoła rzymskokatolickiego z przeznaczeniem na kościół garnizonowy i szkolny.


 Obok kościoła swój początek ma słynny "Monciak", czyli ulica Bohaterów Monte Cassino, prowadzący pod sopockie molo. Miliony osób rokrocznie przemierza tą siedemsetmetrową trasę, aby dotrzeć przed oblicze ukochanej, lecz czasem niespokojnej i groźnej potęgi - Bałtyku. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony ulicy rozciągają się długie pasy restauracji, kawiarni, kiosków i sklepików z pamiątkami.
Szczerze powiedziawszy, to nie lubię takich miejsc: przeludnionych i z ogromną ilością punktów gastronomicznych. Tak samo z zakopiańskimi Krupówkami, jak cieszy mnie każda wizyta w Zakopanem, tak Krupówek nie znoszę.



Gdzieś tak w połowie Monciaka odchodzi ulica Jana Jerzego Haffnera. I nie byłoby nic w niej ciekawego, gdyby nie to, co kryje na swoim końcu, a mianowicie Skansen Archeologiczny - Grodzisko. Po zakupie biletów w pawilonie obok, powędrowaliśmy kamienistą ścieżką na dość wysoki, jak na morskie wybrzeże, pagórek. Na jego szczycie przywitała nas drewniana brama, a za nią niewielkie grodzisko, czyli pozostałość po osadzie obronnej, czyli grodzie. Datowane jest ono na VIII-IX wiek, a więc na czasy wczesnopiastowskie. Nastroju skansenowi dodaje buczyna rosnąca wokół, a także panująca wszędzie cisza i spokój, które przerywały co jakiś czas beczenie kóz i miauczenie puszystego, ogromnego kota.





















W jednej z chatek wisiały na wieszakach stroje z tamtej epoki, a o ściany oparte były hełmy, miecze, tarcze. Jako że nie było nikogo, postanowiliśmy przebrać się za wojów Mieszka I i porobić sobie parę zdjęć. Efekt? Zobaczcie sami, dla mnie, ta chwila będzie niezapomniana.


18:00 minęła, grodzisko zamknięto, więc korzystając z pięknego popołudnia, ruszyliśmy w kierunku molo. Bilet za wejście dość drogi, bo 8 zł za osobę, ale opłaca się, widoki rekompensują każdą cenę. Sopockie molo jest najdłuższym w Polsce, mierzy bowiem ponad 510 m długości! Budowę ukończono w latach 30. XX wieku przed II wojną światową, a dziś jego patronem jest nasz ukochany papież - św. Jan Paweł II.

Skwer Kuracyjny przy wejściu na molo





Statek "Pirat"


Widoki z sopockiego molo


Po zejściu z molo, ruszyliśmy w kierunku plaży. Złoty piasek, kolorowe muszelki i bursztyn zakryte pod jego ziarenkami, a w końcu chłodne, niewielkie fale niesione przez polskie morze. Wzdłuż Bałtyku szliśmy dobry kilometr, podziwiając bitwę barw na niebie, ogromne piaszczyste budowle wzniesione obok, smukłą latarnię otoczoną przez miejską zieleń, potęgę Bałtyku, rybackie łodzie cicho stojące na granicy morza i lądu, a także wyrzucone na brzeg chełbie siejące postrach wśród małych plażowiczów, ale też ich rodziców, choć niesłusznie, bo bałtyckie meduzy nie zrobią krzywdy!
Cudny czas...











Sopocka latarnia morska

Nasze polskie wybrzeże jest przepiękne, wystarczy tylko spojrzeć na nie dobrym okiem. Kolejne relacje już wkrótce...

Na sam koniec chciałbym bardzo Was zaprosić do obserwowania bloga i mnie na social media, gdzie jestem dostępny częściej:


Pozdrawiam i do następnego razu! 😌